Opinie

marketing w firmie bez działu marketingu, właściciel firmy

5 błędów, które powtarzają się w firmach bez działu marketingu

marketing w firmie bez działu marketingu, właściciel firmy

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Dlaczego „nie mamy działu marketingu” nie jest właściwą diagnozą problemu w małej firmie
  • Pięć typowych błędów firm prowadzących marketing bez działu
  • Jak wygląda realny model marketingu w firmie, w której etat marketingowy nie ma uzasadnienia
  • Co właściciel firmy musi zatrzymać u siebie, nawet jeśli całe wykonanie jest na zewnątrz

Bardzo rzadko pracuję z firmami, w których już jest wewnętrzny dział marketingu. W zdecydowanej większości moich współprac wygląda to inaczej, marketing prowadzi właściciel, czasem wspierany przez kogoś z biura „przy okazji”, czasem przez agencję „od postów”, która wrzuca po trzy publikacje tygodniowo i raz w miesiącu wysyła raport zasięgów.

I to jest normalne, bo brak działu marketingu jest stanem wyjściowym. Tak po prostu wygląda zdecydowana większość firm, z którymi pracuję, i tak będzie wyglądać dalej, bo etat marketingowy w firmie pięcio- czy piętnastoosobowej rzadko kiedy ma uzasadnienie biznesowe. Ale to nie znaczy, że tego obszary w firmach nie ma. I prawdziwy problem z marketingiem pojawia się wtedy, gdy nikt w firmie nie wie, co konkretnie się dzieje w jej marketingu, kto za to odpowiada, w jakim rytmie pracuje i po czym można poznać, że marketing działa.

Dlatego dziś chcę to z Tobą rozłożyć na czynniki pierwsze. Bo z moich rozmów z właścicielami firm wynika, że bardzo często mają poczucie, jakby pierwszy raz ktoś nazwał po imieniu to, co u nich nie gra. I to nie jest brak etatu. To jest brak układu, kto myśli, kto planuje, kto wykonuje, kto rozlicza.

 

Brak działu nie jest problemem. Brak procesu nim jest

Zatrzymajmy się na tej tezie na chwilę, bo z niej wynika wszystko, co napiszę dalej.

Firma piętnastoosobowa, która generuje 3–5 milionów przychodu rocznie, w 99% przypadków nie potrzebuje działu marketingu w jego „typowej” konfiguracji. To znaczy: nie potrzebuje czteroosobowego zespołu z dyrektorem marketingu, specjalistą od performance, copywriterem i grafikiem. Ona nie ma na to budżetu, nie ma takiego wolumenu pracy, i co najważniejsze, nie miałby kto tym zespołem zarządzać. Bo Ty jako właściciel masz własną firmę do prowadzenia, sprzedaż do robienia, klientów do obsługiwania.

Ta firma potrzebuje czegoś innego. Potrzebuje procesu. Czyli odpowiedzi na cztery proste pytania:

  1. co konkretnie ma się dziać w jej marketingu w najbliższych trzech, sześciu, dwunastu miesiącach;
  2. kto za który element bierze odpowiedzialność,
  3. w jakim rytmie to się dzieje,
  4. i po czym Ty jako właściciel poznasz, że to działa, albo że nie działa i trzeba zmienić kurs.

I dopóki tych odpowiedzi nie ma, każda kampania, każdy post, każda kolejna agencja i każdy nowy „pomysł na rolki” są dorzucane do firmy, która nie ma jak ich ocenić. Bo żeby ocenić, czy coś działa, trzeba najpierw wiedzieć, jaki efekt chcemy osiągnąć na koniec dnia. A żeby to wiedzieć, musi być proces. I to jest punkt wyjścia do naszych dzisiejszych rozważań.

 

Pięć błędów, które powtarzają się w firmach bez działu marketingu

Zanim pokażę, jak ten proces może wyglądać, chcę szybko przejść przez to, co u firm bez działu marketingu widzę najczęściej. To są błędy, które nie biorą się ze złej woli ani z braku kompetencji właścicieli. Biorą się z tego, że marketing dla większości z nich jest obcym terytorium, więc decyzje podejmowane są reaktywnie, pod presją wyniku albo pod wpływem ostatniej rozmowy z handlowcem agencji.

Pierwszy błąd: wynajęcie agencji „od postów” zamiast strategii.

Firma czuje, że „trzeba coś z tym marketingiem zrobić”, więc dzwoni do agencji. Agencja przychodzi z gotowym pakietem: dwa posty tygodniowo na Facebooku, trzy reelsy w miesiącu, kwartalna kampania reklamowa, raport z zasięgami. Wszystko za stałą kwotę, wszystko ładnie wygląda na ofercie. Tylko nikt nie zapytał, po co to wszystko robimy. Po pół roku raport zasięgów rośnie, a telefon w firmie dzwoni dokładnie tyle samo razy, ile przed rozpoczęciem współpracy. O tym, na co konkretnie patrzeć przy wyborze agencji, pisałem szerzej w tekście czerwone flagi, zanim wybierzesz agencję.

Agencja „od postów” nie jest złą agencją. Jest agencją wykonawczą, i jako taka ma rację bytu, ale tylko wtedy, kiedy ktoś w Twojej firmie wie, co ta agencja ma w Twoim biznesie osiągnąć. W firmie bez działu marketingu zwykle takiej osoby nie ma, więc agencja wykonuje to, co umie wykonywać, czyli treści. A treści bez celu nie są inwestycją, lecz kosztem.

Drugi błąd: marketing „przy okazji”, na asystentce, recepcji, handlowcu.

Drugi schemat, który widzę nagminnie, to zrzucenie marketingu na osobę, która ma w firmie całkiem inną rolę. Asystentka właścicielki, bo „ona zna się na Canvie”. Handlowiec, bo „i tak jeździ do klientów, to przy okazji ponagrywa filmiki”. Recepcjonistka, bo „ma najwięcej czasu między telefonami”.

Problem z tym podejściem jest dwojaki. Po pierwsze, ta osoba ma już własną pracę i marketing zawsze ląduje na końcu listy, więc kiedy w firmie jest gorący tydzień (a w małej firmie gorący tydzień jest co dwa tygodnie), marketing po prostu znika. Po drugie, nawet jeśli ten ktoś znajdzie czas, to robi rzeczy, których nikt go nie nauczył i z których nikt go nie rozlicza. Robi po swojemu, czasem dobrze, czasem słabo, bez planu, bez pomiaru, bez kontekstu. Po roku tej pracy jest dwieście postów w archiwum Instagrama, sześć newsletterów wysłanych zanim ten newsletter umarł, i żadnego wniosku, czy to przyniosło jakikolwiek skutek dla firmy.

Trzeci błąd: nikt nie wie, skąd przychodzą zapytania.

Pytam właściciela na pierwszym spotkaniu: skąd dzwonią do Ciebie klienci? I bardzo często słyszę: „z polecenia, chyba”. Pytam dalej: a z marketingu ile? „No nie wiem, pewnie trochę z Facebooka, bo tam to robimy”. Pytam jeszcze raz: ile konkretnie?

Cisza.

To jest moment, w którym widać czarno na białym, że marketing Twojej firmy istnieje w oderwaniu od jej biznesu. Pieniądze są wydawane, profile są prowadzone, czasem nawet jest jakaś agencja, ale nikt nie połączył tego z tym, co rzeczywiście dzieje się w sprzedaży. Brak pomiaru źródła zapytań to jeden z najtańszych do naprawienia błędów (pole „skąd nas znasz” w formularzu, jedno pytanie na początku rozmowy sprzedażowej, parametry w linkach z kampanii), a jednocześnie jeden z najczęściej spotykanych.

Czwarty błąd: właściciel robi wszystko sam.

To jest błąd lustrzany do drugiego, ale poważniejszy w skutkach. Bo o ile asystentka robiąca marketing przy okazji kosztuje firmę kilka godzin tygodniowo, o tyle właściciel robiący marketing sam kosztuje firmę swoim czasem, a to jest najdroższy zasób, jaki w tej firmie jest.

Wchodzę do firm, w których właściciel sam pisze posty na LinkedIn, sam wymyśla kampanie, sam siada do Canvy, sam dzwoni do drukarni po ulotki. Robi to wszystko, bo „nikt tego nie zrobi lepiej”. I to po części jest prawda. Znajomość Twojej branży, klientów i języka klientów jest rzeczywiście niezastąpiona. Tylko że robiąc to wszystko, przestajesz robić to, czego naprawdę nie da się oddać, czyli myślenie o kierunku. Piszesz post, zamiast rozmawiać z klientem. Projektujesz ulotkę, zamiast analizować, dlaczego trzy ostatnie zapytania spadły z lejka. To jest pułapka, w którą wpada większość przedsiębiorców z mojej praktyki. I wracam do niej szerzej w tekście rola właściciela firmy w marketingu, czego nie da się delegować.

Piąty błąd: reklamy uruchamiane przed przepracowaniem oferty.

I ostatni, moim zdaniem najdroższy. Firma uznaje, że potrzebuje „więcej leadów”, więc uruchamia kampanie. Czasem za naprawdę duże pieniądze. A oferta na stronie jest dokładnie tą samą ofertą, która od dwóch lat nie konwertuje organicznie, bo jest niejasna, bo nie wiadomo, do kogo dokładnie jest skierowana, bo cena pojawia się dopiero przy „porozmawiajmy”, a klient potrzebuje wiedzieć, w jakim rzędzie wielkości się znajduje, zanim w ogóle zrobi kolejny krok.

Jeśli oferta nie trafia do odbiorcy, reklama tylko pokazuje głośniej, że nie trafia. Pieniądze uciekają z konta coraz szybciej, a leadów albo nie ma w ogóle, albo są niskiej jakości. I zapętla się kolejne błędne koło, bo sprzedaż mówi „nie da się tych leadów zamknąć”, a marketing odpowiada, „to wina sprzedaży” – i w firmie zaczyna narastać frustracja. A tego dałoby się uniknąć, gdyby zanim w ogóle ruszyły reklamy, ktoś zatrzymał się i zapytał: czy mamy ofertę, którą można w ogóle promować.

Tych pięć błędów, do których mógłbym dorzucić jeszcze kilka, łączy jedna rzecz. Wszystkie są skutkiem braku procesu. Nie braku ludzi, nie braku pieniędzy, ale braku ułożonego procesu, który mówi: po co to wszystko robimy, kto za co odpowiada, jak to mierzymy.

 

Realny model marketingu w firmie bez działu marketingu

Teraz najważniejsza część tego tekstu, jak ten proces może wyglądać w praktyce, jeśli nie chcesz (i nie musisz) zakładać działu marketingu w swojej firmie.

W mojej pracy z klientami opieram się na bardzo prostym modelu trzech warstw. Każda z nich odpowiada za coś innego i każda wymaga innej kompetencji. Jeśli jedna z tych warstw jest pusta, cały marketing firmy się sypie niezależnie od tego, ile pieniędzy się w niego wkłada.

Warstwa pierwsza: strategia. Tu zostaje właściciel

Strategia to nie jest dokument w PDF, który leży na dysku. Strategia to są decyzje, które muszą zostać podjęte, zanim w firmie cokolwiek się publikuje, reklamuje albo wysyła.

Do kogo dokładnie sprzedajemy. Co tych klientów uwiera. Czym jesteśmy lepsi od trzech konkurentów, których oni rozważają w tym samym momencie. Po jakiej cenie chcemy sprzedawać. Czy chcemy mieć więcej małych klientów, czy mniej dużych. Czy w ogóle chcemy w tym roku rosnąć, czy raczej poukładać to, co mamy.

To są pytania, na które nie odpowie żadna agencja, żaden freelancer ani żaden zewnętrzny strateg sam z siebie. Może je zadać, może je pomóc Ci przepracować, może podsunąć ramki i pytania pomocnicze. Ale ostatecznie odpowiada na nie właściciel firmy, bo to są decyzje biznesowe, a nie marketingowe. I jeśli Ty ich nie podejmiesz, marketing Twojej firmy zawsze będzie chaotyczny, niezależnie od tego, kto go fizycznie wykonuje.

To jest warstwa, której nie da się i nie powinno się oddawać. Możesz ją współtworzyć z kimś – i to często jest dobry pomysł, bo z boku widać więcej, ale podpis pod tym, co Twoja firma chce robić w marketingu, należy do Ciebie.

Warstwa druga: plan. Tu wchodzi strateg

Strategia mówi, dokąd zmierzamy. Plan mówi, jak tam dojdziemy.

Ta warstwa zwykle wymaga kogoś, kto ma w marketingu doświadczenie i kto potrafi przełożyć Twoje cele biznesowe na konkretne działania, z kalendarzem, z budżetem, z miernikami. To może być wewnętrzny manager marketingu, jeśli Twoja firma jest na to gotowa, albo zewnętrzny strateg, który pracuje z Tobą jako partner. I to drugie jest dla większości firm bez działu marketingu rozwiązaniem rozsądniejszym kosztowo. Tak właśnie wygląda moja codzienna praca z klientami, to jest dokładnie ta rola.

Co konkretnie ten ktoś robi? Tworzy plan na kolejne sześć czy dwanaście miesięcy. Decyduje, na których kanałach jesteśmy aktywni i dlaczego akurat na nich. Ustala, ile treści, w jakich formatach i w jakim rytmie. Pisze briefy dla wykonawców. Pilnuje, żeby kampanie reklamowe były odpalane na przepracowanej ofercie, a nie na tej, którą trzeba dopiero napisać. Co miesiąc albo co kwartał siada z Tobą i sprawdza, co działa, co nie działa, co zmieniamy.

Plan to też miejsce, w którym podejmujemy decyzje o tym, czego nie robimy. Bo w firmie bez działu marketingu największe pieniądze są tracone na rzeczy, których w ogóle nie powinno się było zaczynać, tylko ktoś przekonał właściciela, że „to teraz trendy”. Strateg jest tą osobą, która ma powiedzieć „nie wchodzimy w to, bo to nie pasuje do tego, co ustaliliśmy w strategii”. To jest praca tak samo ważna, jak wymyślanie kolejnych kampanii.

Warstwa trzecia: egzekucja. Tu są wykonawcy

Trzecia warstwa to ludzie i firmy, które fizycznie produkują treść. Copywriter, grafik, montażysta wideo, specjalista od reklamy płatnej, agencja od SEO. Mogą być na B2B, na zlecenie, mogą być różni dla różnych zadań, i to jest w porządku, bo nikt nie potrzebuje jednej agencji do wszystkiego, jeśli ma plan, który ich spina.

Egzekucja jest najbardziej zewnętrzną warstwą w tym modelu. To znaczy: jest częścią, którą najłatwiej i najtaniej oddać na zewnątrz. Pod warunkiem, że dwie poprzednie warstwy są ułożone. Jeśli plan jest zrobiony i briefy są jasne, wykonawca dostaje konkretne zadanie z miernikiem, a Ty dostajesz konkretny wynik do oceny.

Bez dwóch wcześniejszych warstw wykonawcy są zostawieni sami sobie. I wtedy każdy z nich robi to, co umie robić najlepiej (copywriter pisze, grafik projektuje, specjalista Ads tworzy reklamy), ale całość tego marketingu nie układa się w nic spójnego. Bo nie ma czego układać.

 

Co musisz zatrzymać u siebie, nawet jeśli oddasz wszystko inne

Z tego modelu wynika jedna ważna konsekwencja. Nawet w firmie, która całą egzekucję i cały plan ma na zewnątrz, kilka rzeczy zostaje po stronie właściciela, zawsze.

Pierwsza rzecz: znajomość klienta. Jak Twoi klienci nazywają swoje problemy, czego się boją, co ich uwiera, w jakim języku o tym mówią, kiedy siadają do kawy z dyrektorem finansowym albo z prezesem na spotkaniu zarządu. To nie jest research, który można zlecić, ale wiedza, która pogłębia się po każdej Twojej rozmowie z klientem przez lata pracy w branży.

Druga rzecz: znajomość ekonomii firmy. Marża na produkcie, koszt obsługi klienta, sezonowość, cykl sprzedaży, którzy klienci są dla firmy długoterminowo najbardziej wartościowi. Jeśli tego nie wiesz Ty, nie wie nikt, kto z Tobą pracuje. A marketing bez tej wiedzy strzela na ślepo.

Trzecia rzecz: decyzja przy zmianie kursu. Marketing zawsze w pewnym momencie wymaga decyzji „robimy więcej tego, mniej tamtego”. I tę decyzję podpisuje właściciel. Możesz ją podejmować w rozmowie ze strategiem i wysłuchaniu argumentów za i przeciw, ale to Ty ostatecznie mówisz „ok, w to wchodzimy, tego nie robimy”. Bo to jest Twoja firma i Ty bierzesz na to ryzyko biznesowe.

Czwarta rzecz: rozliczanie z wykonawców i strategów. To Ty patrzysz w wyniki, zadajesz pytania, oczekujesz odpowiedzi, mówisz „to działa, zostajemy” albo „to nie działa, kończymy”. Bez tej kontroli żaden zewnętrzny partner nie utrzyma się w dyscyplinie.

To są cztery rzeczy. Mało, jak się patrzy z lotu ptaka. A to jest dokładnie ten zakres, którego brak w firmach bez działu marketingu powoduje, że „nic nie działa”, mimo że pieniądze są wydawane, agencje są wynajmowane, a posty są publikowane.

 

Jak to wygląda u moich klientów? Framework „marketingu zaplanowanego”

Dla zrozumienia tego modelu pokażę, jak to się układa w praktyce, w typowej firmie usługowej B2B, którą obsługuję od kilkunastu miesięcy. Bez nazwy, bo zależy mi, żebyś widział framework, a nie konkretną historię. I tak się składa, że bardzo rzadko pracuję z firmami, w których jest dział marketingu, więc ten obrazek pasuje do większości moich klientów.

Przed rozpoczęciem współpracy zawsze sprawdzam jak wygląda poziom „0”. Co się dzieje, jakie budżety idą na jakie kanały, jak to się przekłada na liczbę zapytań, jaką mamy infrastrukturę, czy mamy dostęp do wszystkich zasobów i od czego w ogóle zaczynamy. Bywa, że zadanie numer 1 to założenie firmowego konta Google i dodanie do strony www analityki. Czasem wchodzę do firmy z własnym zespołem podwykonawców, czasem pracuję z tymi, którzy już w firmie są, tylko teraz ktoś będzie nadawał kierunek działaniom marketingowym.

Po kilku rozmowach założeniowych (warstwa strategii) okazuje się, że firma chce w danym roku skoncentrować się na konkretnym segmencie klientów i z tym segmentem zbudować relację, zamiast pozyskiwać przypadkowe leady. Tę decyzję podejmuje właściciel, po dwóch–trzech rozmowach i wymianach argumentów. To jeszcze nie jest strategia w sensie formalnego dokumentu, ale z poziomu właściciela firmy mamy nadany konkretny kierunek, do którego się odnosimy przy każdej kolejnej decyzji.

Plan (warstwa druga) biorę na siebie. Ustalamy z właścicielem priorytety, które korygujemy w cyklach kwartalnych, dodatkowo ja co miesiąc rozpisuję, co konkretnie się dzieje na poszczególnych kanałach, briefuję wykonawców, sprawdzam, co dowieźli. Właściciel ma jedno spotkanie ze mną raz w tygodniu, 30 minut, max godzinę, i wychodzi z niego z decyzjami, a nie z zadaniami do wykonania samodzielnie. Wykonawcy mają na bieżąco informację zwrotną i możemy korygować / dostosowywać kurs.

Po kilku miesiącach w tych firmach wciąż nie ma działu marketingu, i być może długo jeszcze nie będzie. Ale jest proces, który mówi jednoznacznie, kto, co, kiedy i po co robi. Liczba zapytań od klientów z docelowego segmentu zwiększa się na tyle, że właściciel po raz pierwszy odzyskuje pewność, na co stać tę firmę w marketingu, a na co jeszcze nie. I to z mojej perspektywy jest najważniejszy wynik tej współpracy. Nie liczba postów, nie liczba leadów, tylko ta pewność.

Klienci często mówią mi w kuluarach, że czują się przy tej pracy bezpiecznie. Nie dlatego, że ja czaruję wynikami albo obiecuję rewolucję. Dlatego, że pierwszy raz wiedzą, za co konkretnie płacą i czego mogą się spodziewać.

 

Co możesz zrobić, jeśli rozpoznałeś tu swoją firmę

Jeśli czytasz ten tekst i widzisz w nim Twoją firmę, z agencją „od postów”, z marketingiem na asystentce, z reklamami przed przepracowaną ofertą, z właścicielem-strażakiem, z brakiem pomiaru, to chcę Ci powiedzieć jedną rzecz. To nie jest błąd Twojej osoby. To jest brak systemu, którego nikt Cię nigdy nie nauczył budować, bo prowadziłeś firmę z głową w branży, a nie w marketingu.

I dobra wiadomość jest taka, że tego systemu nie buduje się latami. Pierwsze trzy warstwy, da się ułożyć już w 2-3 miesiące. Potem to już egzekucja i optymalizacja, czyli to, co marketing rozumie i robi.

Jeśli chcesz porozmawiać o tym, jak ten model mógłby wyglądać w Twojej firmie bez działu marketingu, bez konieczności zatrudniania kogoś na etat, ale z procesem, który da Ci wreszcie pewność, że wiesz, za co płacisz i czego oczekujesz – umów ze mną bezpłatną rozmowę diagnostyczną. Sprawdzimy razem, gdzie Twoja firma jest dzisiaj i co najszybciej możesz w niej poukładać, żeby marketing przestał być zgadywanką.

I o tym właśnie jest marketing zaplanowany.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Najczęściej zadawane pytania

W większości przypadków nie. Mała firma rzadko ma wolumen pracy, który uzasadnia etat la marketingowca, nie mówiąc o całym dziale. Potrzebuje natomiast procesu, czyli ustalenia, kto myśli, kto planuje, kto wykonuje i kto rozlicza. Dopóki ten proces jest ułożony, brak działu nie jest problemem.

Strategia zostaje przy właścicielu, bo to są decyzje biznesowe, do kogo sprzedajemy, czym jesteśmy lepsi, po jakiej cenie. Plan i koordynację najczęściej bierze na siebie zewnętrzny strateg, który pracuje z właścicielem jako partner. Egzekucja, czyli treści, grafika, kampanie, idzie do wykonawców na B2B albo do agencji wykonawczej.

Nie ma jednej liczby, bo wszystko zależy od tego, na co decydujesz się w planie. Sam koszt etatu osoby od marketingu w MŚP zaczyna się od górnych kilku tysięcy miesięcznie z narzutami, a do tego dochodzą kampanie, narzędzia, produkcja. Współpraca ze strategiem zewnętrznym plus wykonawcy to najczęściej zakres od kilku do kilkunastu tysięcy miesięcznie, w zależności od skali. Najważniejsze, żeby ten koszt był zaplanowany na konkretne efekty, a nie wydawany „w ciemno”.

Agencja wystarczy tylko wtedy, kiedy ktoś w Twojej firmie wie, co ta agencja ma osiągnąć i potrafi ją z tego rozliczyć. Bez strategii i planu agencja stanie się „agencją od postów” i będzie produkować treści, które nikomu nie służą. Najczęściej najlepiej działa układ: właściciel plus strateg plus agencja wykonawcza.

Od trzech kroków. Po pierwsze, sprawdź, czy wiesz, do kogo dokładnie sprzedajesz i czym wygrywasz z konkurencją. Po drugie, zacznij mierzyć źródło zapytań. Po trzecie, zrób listę tego, co aktualnie się dzieje w marketingu Twojej firmy i kto za to odpowiada. Większość problemów jest widoczna już po tych trzech krokach.

Nie po zasięgach i nie po liczbie postów. Po tym, że rośnie liczba zapytań od klientów z segmentu, na którym Ci zależy, że potrafisz powiedzieć, skąd przyszedł każdy lead, i że Ty jako właściciel masz pewność, za co płacisz w marketingu i czego oczekujesz. Ten trzeci punkt jest dla większości moich klientów najważniejszą zmianą.

Przeczytaj również

5 błędów, które powtarzają się w firmach bez działu marketingu Dowiedz się więcej »

Marcin Osiak, Brisbane, noc, miasto

Autorytet w B2B buduje się latami. Czego o marketingu nauczyła mnie rozmowa z prezesem DocWay

Marcin Osiak, Brisbane, noc, miasto

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Dlaczego cofnięcie się od funkcji do problemu klienta jest w B2B ważniejsze niż jakakolwiek lista Twoich usług
  • Jak wygląda firma, w której klienci zostają po dziesięć lat – i czego o marketingu uczy nas ten model
  • Co rozmowa z prezesem firmy obsługującej klientów od kilkunastu mówi o budowaniu autorytetu w B2B

W ubiegłym tygodniu miałem przyjemność przeprowadzić wywiad z moim Klientem, Adamem Chodkowskim, prezesem DocWay – firmy, która właśnie wróciła z DocuWorld 2026 z dwoma tytułami: Customer Service Champion i Diamond Club Member. Pierwszy oznacza, że to jedyny w Polsce partner DocuWare, który spełnia konkretne metryki utrzymania klienta. Drugi – że poziom sprzedaży DocWay jest na tyle wysoki, że producent oprogramowania docenił go w skali międzynarodowej.

Rozmawialiśmy o DocuWare, o KSeF, o sztucznej inteligencji w obiegu dokumentów. Ale wyszedłem z tej rozmowy dwoma zupełnie innymi notatkami w głowie – takimi, które nie dotyczą software’u i obiegu faktur, tylko tego, jak Adam i jego zespół pracują z klientami. I tak się złożyło, że dokładnie te dwie rzeczy widzę u siebie w pracy niemal codziennie – tylko że zwykle widzę ich brak…

Chcę o nich napisać, bo wydaje mi się, że to są wnioski, które wykraczają daleko poza branżę DMS. To są obserwacje o tym, jak w ogóle wygrywa się rynek w B2B. I mam wrażenie, że jeśli prowadzisz dziś firmę usługową, technologiczną albo produkcyjną i sprzedajesz do biznesu, to dwie rzeczy, które za chwilę opiszę, są dla Twojego marketingu ważniejsze niż wybór kanału, częstotliwość publikacji czy budżet reklamowy.

Pierwsza lekcja: cofnij się o krok – od funkcji do problemu

Zapytałem Adama, w czym tkwi sekret tego, że klienci, którzy raz wdrożyli u nich DocuWare, zostają na lata. Mówiąc szczerze spodziewałem się odpowiedzi o procesie wdrożeniowym, o szczególnych funkcjach systemu albo o skillach sprzedażowych. A on powiedział mi coś, co wybrzmiało w moich uszach jak najlepszy podręcznik strategii marketingowej.

Powiedział, że kiedy zaczyna rozmowę z nowym klientem, ten zwykle przychodzi z gotową listą funkcji jakich oczekuje od narzędzia. Z opisem tego, co system ma robić. Zamiast od razu odpowiadać na tę listę, Adam cofa się o jeden krok wstecz. Pyta, co jest tym konkretnym problemem, który ma to wszystko rozwiązać. Gdzie są wąskie gardła w firmie, które mają zostać udrożnione. I dopiero z tego poziomu buduje rozmowę o tym, czy DocuWare w ogóle ma sens, a jeśli tak, to które jego elementy najszybciej zwrócą zainwestowane pieniądze.

To wydaje się banalne, ale jednak nie jest. Bo to jest dokładnie to, czego nie robi większość firm, z którymi zaczynam pracę nad ich marketingiem. Wchodzę do firmy, która od lat sprzedaje skomplikowaną usługę albo produkt do biznesu, i w jej komunikacji widzę listę funkcji. Co potrafimy zrobić. Jakie mamy certyfikaty. Ile lat działamy na rynku. Czasami jeszcze galerię realizacji.

Wszystko ładnie wygląda i jest potrzebne, tylko nigdzie nie ma odpowiedzi na pytanie, które zadaje sobie potencjalny klient w głowie, zanim w ogóle zacznie czytać Twoją ofertę: „okej, ale co to ma wspólnego z moim problemem?”

I tu jest moim zdaniem największa różnica między firmą, która z roku na rok buduje autorytet w B2B, a firmą, która latami się męczy z marketingiem. Adam cofa się do problemu klienta nie dlatego, że to jest sprytna technika sprzedażowa. On się tam cofa, bo dwieście czy trzysta razy widział te same problemy w setkach firm i wie, że obieg faktur sam w sobie nikogo nie interesuje. Klienta interesuje to, że w jego firmie zalegają dokumenty, że płatności są opóźnione, że księgowa kończy miesiąc o dwa dni za późno, że nikt nie wie, na czyim biurku leży nieprzeprocesowana umowa. To są problemy z jakimi mierzą się jego Klienci.

W marketingu B2B dla małych i średnich firm, czyli mojej codziennej pracy, to się przekłada na bardzo praktyczną rzecz. Większość moich klientów ma na stronie internetowej i w social mediach komunikat „robimy to i to”. A powinni mieć komunikat „rozumiemy, że masz problem X i Y, i wiemy, jak go rozwiązać”. To jest zupełnie inny język i zupełnie inny ton. To jest też zupełnie inny moment, w którym potencjalny klient zatrzymuje się przy Twoim profilu, bo nagle czyta o sobie, a nie o Tobie.

I chcę być uczciwy: to jest naprawdę trudne. Bo żeby napisać taki komunikat, musisz najpierw rozmawiać z klientami i wiedzieć, jak oni sami mówią o swoich problemach. Nie tak, jak Ty mówisz o ich problemach z perspektywy specjalisty, tylko tak, jak oni je nazywają we własnej firmie, gdy siadają do kawy z dyrektorem finansowym albo z prezesem na spotkaniu zarządu.

Większość firm, z którymi pracuję, takich rozmów ma dwie albo trzy w roku, i to zwykle podczas sprzedaży, kiedy jest już za późno, żeby z nich coś sensownego dla marketingu wynieść. I to jest pierwszy powód, dla którego autorytet w B2B buduje się latami. Bo zanim w ogóle będziesz w stanie pisać do klienta o jego problemie, musisz najpierw setki razy usłyszeć jak nazywa to, co go uwiera. A na to po prostu trzeba czasu.

Druga lekcja: w B2B retencja jest ważniejsza niż akwizycja

Drugi moment, który mnie zatrzymał, dotyczył tego, że Adam zwyczajnie nie ma w swojej firmie zjawiska, które w marketingu nazywa się churnem. Klienci, którzy zaczęli z DocWay pracę dziesięć czy jedenaście lat temu, są z nimi do dzisiaj. Pierwsze wdrożenie – najczęściej obieg faktur albo elektroniczne teczki pracownicze – to swego rodzaju pilot. Ale po tym, jak klient zobaczy konkretne korzyści biznesowe, w 90-100% przypadków wraca po kolejny proces. Po obieg umów, po zarządzanie kancelarią, po kolejne usprawnienia. Adam podał mi przykład klienta, który zaczął od jednego prostego procesu zakupowego, a dzisiaj ma w swojej organizacji około 200 procesów wspieranych przez DocuWare. To jest gigantyczna liczba.

Z mojej perspektywy stratega marketingu jest to lekcja, której większość polskich małych i średnich firm B2B kompletnie sobie nie uświadamia. Cała energia idzie w pozyskanie nowego klienta. Strona, kampanie, social media, content. Wszystko podporządkowane temu jednemu celowi: żeby ktoś nowy do nas zadzwonił. A w momencie, kiedy klient już się pojawił, zostaje sprzedażą i obsługą – i tyle widzi go marketing…

To jest błąd, który kosztuje firmy w B2B konkretne pieniądze, których nikt nie liczy.

Bo jeżeli jesteś firmą, która pracuje z klientami latami – a jeśli sprzedajesz cokolwiek bardziej skomplikowanego niż jednorazowy produkt, to zwykle tak właśnie jest -to każdy klient, którego masz dziś w portfelu, jest dla Ciebie wart wielokrotnie więcej niż wynika z pierwszej faktury. Pod warunkiem, że potrafisz się o niego zatroszczyć w taki sposób, żeby nie zaczął szukać alternatywy. I że potrafisz mu po pewnym czasie pokazać kolejny problem w jego firmie, który jesteś w stanie rozwiązać.

To nie dzieje się przy okazji. To wymaga konkretnej pracy marketingowej, której większość firm w ogóle nie robi.

Bo zobacz: kiedy ostatnio Twoja firma wysłała do swoich obecnych klientów newsletter, który nie był ofertą? Kiedy ostatnio zaprosiłeś ich na webinar, który nie kończył się sprzedażą? Kiedy ostatnio napisałeś tekst, który był skierowany nie do nowego leada, tylko do klienta, który jest z Tobą od trzech lat, i który w jakimś momencie zapyta sam siebie: „ciekawe, czy ci moi dotychczasowi dostawcy w ogóle pamiętają, że jesteśmy ich klientem?”

W marketingu zaplanowanym – tak nazywam swoją metodologię pracy – retencja klienta nie jest osobnym tematem. To jest jego część. I to często ważniejsza niż akwizycja, bo łatwiej jest nakłonić klienta, który Ci ufa od pięciu lat, do zakupu kolejnej usługi, niż przekonać kogoś nowego, żeby w ogóle podjął z Tobą rozmowę. O tym, co właściciel firmy musi w marketingu zatrzymać dla siebie, a czego nie powinien delegować w ogóle, pisałem szerzej w tekście „Rola właściciela firmy w marketingu – czego nie da się delegować”.

Adam mówi właśnie o tym, ale w nieco innym języku. Mówi, że pierwsze wdrożenie traktuje jak pilot. Że klient po nim wraca, bo zobaczył efekt. Że jego rozwiązania „żyją”, to znaczy są przez lata dostosowywane, optymalizowane i rozbudowywane razem ze zmieniającą się firmą klienta. To nie jest sprzedaż jednorazowa, to jest relacja, której punktem startu jest pierwszy projekt, a nie pierwsza faktura.

I tu wracamy do tej tezy, że autorytet w B2B buduje się latami. Bo w gruncie rzeczy autorytet, którym dziś dysponuje DocWay, i który skutkuje tym, że klienci sami wracają po kolejne procesy, jest w prostej linii efektem dziesięciu lat dotrzymywania słowa. Klient wdrożył pierwszy proces, zobaczył wynik, zobaczył też, że firma jest poukładana i kompetentna, i wtedy w pewnym momencie pomyślał sobie: „skoro tym się dobrze zajęli, to kto wie, może warto z nimi porozmawiać o czymś jeszcze”.

Tego się nie da skrócić. Tego się też nie da kupić jedną kampanią reklamową. Można to za to systematycznie budować przez lata, jeśli wiesz, co budujesz i po co.

Co z tego wynika dla Ciebie, jeśli prowadzisz firmę B2B

Z mojej perspektywy te dwie obserwacje: cofanie się od funkcji do problemu i traktowanie obecnych klientów jako fundamentu, a nie tła – dają się zamknąć w jednej tezie. 

W B2B wygrywa nie ten, kto głośniej krzyczy, tylko ten, kto rozmawia z klientem o jego problemie i potem nie znika.

Reszta to są wariacje tego samego motywu.

Jeśli prowadzisz firmę B2B i komunikujesz się dziś tak, jak komunikuje się większość rynku, czyli mówisz o sobie, o tym co robisz i jakie masz funkcje, to oczywiście możesz w ten sposób działać dalej. Tylko musisz mieć świadomość, że konkurujesz z firmami, które od dziesięciu lat rozmawiają z klientami o ich problemach i które nie wypuszczają klienta z ręki po pierwszej fakturze. A rynek to widzi. Kupujący w B2B nie są naiwni. Poznają kogoś, kto rozumie ich biznes, w pierwszych dwóch zdaniach rozmowy. I tak samo poznają kogoś, kto przyszedł sprzedać kolejny pakiet.

Dlatego jeśli miałbym Ci dziś coś polecić, to nie będzie to nowa kampania, ani wejście w nowy kanał. Nie będzie to też kolejny eksperyment z reklamą. Polecam dwie rzeczy.

Pierwsza: weź najbliższą rozmowę z potencjalnym klientem i zamiast od razu opowiadać mu o swojej ofercie, zadaj mu trzy pytania o jego konkretny problem. Nie o oczekiwania wobec usługi, tylko o to, co go uwiera w firmie, na co traci czas, czego się boi. Posłuchaj uważnie, jak o tym mówi. A potem wróć do swojej komunikacji i sprawdź, czy używasz tego samego języka, czy może mówisz po swojemu.

Druga: spójrz na listę swoich obecnych klientów i zapytaj się szczerze, kiedy ostatnio zrobiłeś dla nich coś, co nie było wystawieniem faktury. Jeśli nie pamiętasz, to to jest dobry moment, żeby zacząć. Bo Twoi obecni klienci są najtańszym i najlepszym źródłem przyszłej sprzedaży, jakie kiedykolwiek będziesz miał. Tylko w większości przypadków marketing tego źródła nie obsługuje, bo zajmuje się szukaniem nowych. Jeśli zastanawiasz się, jak zweryfikować, czy Twoja obecna agencja albo wewnętrzny dział marketingu w ogóle o tym myśli, kilka czerwonych flag opisałem w tekście „Jak wybrać agencję marketingową”.

Wracając do Adama

Dwa tytuły, z którymi DocWay wrócił z DocuWorld 2026 – Customer Service Champion i Diamond Club Member – są efektem tego, co Adam podsumował mi w jednym zdaniu: „to jest efekt konsekwentnego działania, sprzedaży i pracy z obecnymi klientami”. Nie jednej kampanii. Nie szczęśliwego zbiegu okoliczności w 2025 roku. Nie genialnego pomysłu marketingowego. Konsekwencji budowanej przez lata.

I to jest chyba rzecz, o której najczęściej zapominamy, kiedy zaczynamy mówić o marketingu B2B. Że to nie jest sprint, tylko bardzo długi spacer w konkretnym kierunku.

Cały wywiad z Adamem – o DocuWare, o AI w obiegu dokumentów, o KSeF i o tym, czego klienci oczekują od DocWay dzisiaj, a czego oczekiwali pięć lat temu – znajdziesz tutaj: Diamentowy partner DocuWare. Wywiad z Adamem Chodkowskim. Polecam, naprawdę warta przeczytania rozmowa. Sporo praktycznych obserwacji o tym, jak buduje się relację z klientem.

A jeśli Twoja firma B2B mierzy się dziś z którymś z tych dwóch tematów, albo komunikujesz funkcje zamiast problemów, albo cała Twoja energia marketingowa idzie w nowych klientów, a obecni dostają tylko fakturę, umów się ze mną na rozmowę. Sprawdzimy razem, co warto poukładać, zanim zaczniesz wydawać kolejne pieniądze na marketing.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Przeczytaj również

Autorytet w B2B buduje się latami. Czego o marketingu nauczyła mnie rozmowa z prezesem DocWay Dowiedz się więcej »

Mężczyzna myśli o tym jak wybrać agencję marketingową

Jak wybrać agencję marketingową? 5 czerwonych flag, które widać przed podpisaniem umowy

Mężczyzna myśli o tym jak wybrać agencję marketingową

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Jak wybrać agencję marketingową i po czym poznać, że sprzedaje pakiet zamiast rozwiązania
  • Pięć czerwonych flag, które widać zanim podpiszesz umowę
  • Kiedy współpraca z agencją marketingową jest w porządku i czego możesz od niej oczekiwać

Jak wybrać agencję marketingową, żeby później tego nie żałować? To pytanie, które słyszę dość regularnie. Często wchodzę do firm, które już miały agencję. Czasem jedną, czasem trzy. A czasem były podejmowane próby działań marketingowych, na własną rękę. Zazwyczaj niestety nie udane.

Pytam wtedy, co dokładnie się działo w kontekście marketingu i najczęściej słyszę ogólne informacje w stylu: nagrywaliśmy rolki czy reklamowaliśmy się na Facebooku. I w zasadzie tyle. Była umowa, był opiekun, były jakieś działania. Ale co konkretnie się działo i dlaczego właśnie to, a nie co innego – tego nikt nie potrafił wytłumaczyć.

I to jest właściwie główny problem przy wyborze agencji marketingowej. Bo zła agencja to nie jest agencja, która Cię oszuka. To jest agencja, która sprzedaje Ci usługę, której nie jesteś w stanie ocenić, ani przed podpisaniem umowy, ani w trakcie współpracy. I właśnie dlatego większość czerwonych flag widać już na etapie pierwszej rozmowy. Wystarczy wiedzieć, gdzie patrzeć.

 

Czerwona flaga numer 1: „Nie musisz się na tym znać, my się wszystkim zajmiemy”

To brzmi jak komfort. A często jest dokładnie czymś odwrotnym. Dobra agencja chce, żebyś rozumiał co robi i dlaczego. Nie dlatego, że chce Cię edukować z dobroci serca, ale dlatego, że świadomy klient, to lepszy klient. Wie, czego oczekiwać. Rozumie, że efekty wymagają czasu. Potrafi ocenić, czy działania idą w dobrym kierunku.

Agencja, która mówi nie musisz nic wiedzieć, my się zajmiemy, tak naprawdę mówi coś innego: nie pytaj co robimy, i nie sprawdzaj, czy to działa. Bo jeśli nie rozumiesz co jest robione, nie jesteś w stanie ocenić czy jest to robione dobrze. A jeśli nie jesteś w stanie tego ocenić, zostajesz z jedną informacją: są zapytania albo ich nie ma. I kiedy ich nie ma, słyszysz że trzeba więcej czasu, większego budżetu albo nowego pakietu. Choć wina za brak sprzedaży nie zawsze leży po stronie marketingu, o czym zresztą pisałem w tekście, „jak rozpoznać, że problem leży poza marketingiem„.

Pracuję z właścicielami firm, którzy po roku współpracy z agencją nie wiedzieli, czy mają dostęp do własnego konta Google Ads. Nie wiedzieli, kto jest właścicielem domeny. Nie mieli pojęcia, ile kosztuje ich pozyskanie jednego zapytania ofertowego… Tak nie wygląda partnerstwo, tylko to jest uzależnienie.  

 

Czerwona flaga numer 2: Umowa na lata, z automatu

Dobra współpraca nie potrzebuje przymusu kontraktowego. Jeśli agencja dostarcza wartość, klient zostaje, bo tego chce, a nie dlatego, że musi. Proste. A mimo to część agencji buduje swój model na długich umowach z automatycznym przedłużaniem i wysokimi karami za wcześniejsze rozwiązanie. Podpisujesz umowę na rok, ale jeśli wypowiesz jej na dwa miesiące przed końcem, automatycznie przedłuża się na kolejny rok. Chcesz odejść w trakcie? Kara umowna. Czasem równa wartości pozostałych miesięcy. Serio, widziałem takie „kwiatki”.

Znam przedsiębiorców, którzy płacili za usługę przez osiem miesięcy po tym, jak przestali widzieć jakiekolwiek efekty, bo taniej było dopłacać niż zerwać umowę. Wpadli w pułapkę, z której nie sposób się wyplątać.

Żeby było jasne. Nie mówię, że każda dłuższa umowa to zły znak. Pozycjonowanie wymaga czasu i stabilności, dlatego umowa na 6 czy 12 miesięcy ma sens, ale pod warunkiem, że obie strony wiedzą co jest celem i jak będą mierzyć postępy. Problem zaczyna się wtedy, gdy umowa jest skonstruowana w taki sposób, żeby Cię zatrzymać, a nie żeby chronić współpracę. Pytanie, które warto zadać przed podpisaniem takiej umowy: co się stanie, jeśli po trzech miesiącach uznam, że to nie działa? Jeśli odpowiedź brzmi kara umowna równa wartości umowy – zastanowiłbym się dwa razy przed złożeniem podpisu.

 

Czerwona flaga numer 3: Pełen pakiet, bez celu wynikowego

Strona, pozycjonowanie, Google Ads, social media, newsletter, hosting, baza danych jeden dostawca, jeden abonament, jeden opiekun. Wygodnie? Na pierwszy rzut oka może i tak. Ale wygoda nie jest celem marketingu. Celem marketingu jest to, żeby Twój telefon dzwonił, żeby przychodziły zapytania ofertowe, żeby klienci wiedzieli, że istniejesz i że warto z Tobą pracować.

Problem z pakietem „wszystko w jednym” jest taki, że żaden z tych elementów nie jest dopasowany do Twojej konkretnej sytuacji. Dostajesz stronę internetową, bo jest w pakiecie, a nie dlatego, że ktoś przeanalizował Twoją branżę i stwierdził, że to jest teraz Twoja najpilniejsza potrzeba. Dostajesz social media, bo są w pakiecie, a nie dlatego, że ktoś sprawdził, czy Twoi klienci w ogóle tam są.

Piszę o tym, bo jestem świadkiem takich „pakietów”. Wchodzę do firmy, która płaci 3–4 tysiące złotych miesięcznie za pakiet, który obejmuje osiem różnych działań. A jak pytam o efekty czy wyciągam raport od agencji, to jest on tak napisany, żeby nie dało się wyczytać żadnych konkretów. 

Dane w stylu: zrobiliśmy 5 optymalizacji na stronie, obecnie masz 3 frazy w top 10. Konkret? Dostęp do Google Analytics czy Google Search Console? Możesz zapomnieć… Strategia link buildingu w usłudze SEO? Nie ma, bo zakres pozycjonowania to pisanie bloga…

I to potrafi kosztować naprawdę wysokie abonamenty miesięcznie. Za działania, których w zasadzie nie ma.

A dobry marketing zaczyna się od pytania: co jest Twoim problemem i jaki wynik chcemy osiągnąć. Nigdy od katalogu usług do wykupienia. Jeśli na pierwszym spotkaniu agencja pokazuje Ci cennik pakietów zamiast zadawać pytania o Twoją firmę, to dla Ciebie jest to informacja, że sprzedaje produkt, a nie rozwiązanie. O tym, jak przygotować firmę na leady zanim wydasz pierwszą złotówkę, pisałem osobno i to jest kolejna lektura, która może Ci się przydać.

 

Czerwona flaga numer 4: Raporty z dużymi liczbami, ale bez odpowiedzi na jedno pytanie

Dostaję raport. Jest ładny. Są wykresy. Jest napisane, że kampania osiągnęła 150 000 wyświetleń. Zasięg wzrósł o 30%. CTR wynosi 2,8%. Ładnie. Kolorowo. Ale jak pytam: ile z tego było zapytań ofertowych? Zapada cisza.

Zasięgi, wyświetlenia, kliknięcia, to są metryki platformy, a nie metryki Twojego biznesu. O tych metrykach napisałem szerzej w tekście co naprawdę warto mierzyć zamiast zasięgów. Tu chcę powiedzieć jedno: raport, który nie odpowiada na pytanie „ile zapytań dostałem dzięki tym działaniom”, nie jest raportem.

Dobra agencja raportuje to, co Ciebie interesuje jako właściciela firmy. Liczbę zapytań. Koszt pozyskania leada. Konwersję z zapytania na klienta. I mówi wprost: tu działa, tu nie działa, tu musimy zmienić podejście. Agencja, która wysyła PDF z wykresami zasięgów i podpisem działania przebiegają zgodnie z planem, chroni siebie, nie Twoje pieniądze. Bo zasięg zawsze jest. Wyświetlenia też. Z tym, że fakt iż ktoś zobaczył Twoją reklamę jeszcze nic nie znaczy dla Twojego biznesu.

 

Czerwona flaga numer 5: Case study bez jednej konkretnej liczby

To jest subtelniejsza flaga, ale mówi wiele. Wchodzisz na stronę agencji. Jest zakładka realizacje albo case study. Czytasz: Dzięki naszym działaniom firma X zwiększyła widoczność w internecie. Efekt był imponujący. Klient jest bardzo zadowolony ze współpracy. I nic więcej. Żadnej liczby. Żadnego „przed” i „po”. Żadnej konkretnej metryki.

Imponujący efekt to nie jest informacja. Zwiększona widoczność to nie jest wynik. Zadowolony klient to nie jest dowód.

Dowód to jest: firma z branży X miała 5 zapytań ofertowych miesięcznie. Po 6 miesiącach współpracy ma 15. Koszt pozyskania leada spadł z 800 do 350 złotych. Konwersja ze strony wzrosła z 1,2% do 3,8%.

Taki opis mówi wszystko. Pierwszego typu opis nie mówi nic, bo jest tak ogólnikowy, że pasuje do każdej firmy na świecie. I właśnie o to chodzi, żeby pasował do każdej, bo jest szablonem, a nie opisem konkretnej współpracy.

Jeśli agencja nie potrafi pokazać jednego przypadku z liczbami, warto zapytać wprost: ile zapytań ofertowych wygenerowaliście dla firmy podobnej do mojej? Jeśli odpowiedź brzmi: to zależy od wielu czynników i nie jest w stanie powiedzieć Ci choćby skrawka konkretu, to dla Ciebie też jest już odpowiedź.

 

Jak wybrać agencję marketingową, która faktycznie dowozi wyniki?

Nie chcę, żebyś po przeczytaniu tego tekstu miał wrażenie, że każda agencja to problem. Bo to nieprawda. Są agencje, które bardzo dobrze wykonują swoją pracę. Rozpoznasz je po kilku rzeczach.

Pierwsza rozmowa zaczyna się od pytań o Twoją firmę, a nie od prezentacji cennika. Agencja chce wiedzieć, skąd masz klientów, jaka jest Twoja marża, czego próbowałeś już wcześniej i z jakim skutkiem. Najpierw musi pojawić się diagnoza, a dopiero później z niej ma wyniknąć „plan leczenia” dla Twojej firmy.

Kolejna sprawa. Umowa jest jasna: wiesz co jest w zakresie, a co jest poza nim, jakie są cele, jak będziemy mierzyć postępy, co się zadzieje jeśli współpraca nie zadziała. Żadnych niespodzianek.

Masz dostęp do wszystkiego, co jest Twoje. Konto Google Ads, konto Analytics, dostęp do domeny i serwera, hasła, kody. To są Twoje narzędzia i Twoje dane. Agencja nimi zarządza, ale właścicielem jesteś Ty. Jeśli kiedykolwiek zmienisz wykonawcę, wszystko zostaje u Ciebie.

Raporty mówią Ci to, co chcesz wiedzieć jako właściciel firmy: ile zapytań generuje marketing, ile kosztuje jedno zapytanie, co działa, co nie działa i co z tym robimy.

I co najważniejsze – agencja nie boi się powiedzieć, że coś nie działa. Bo w każdej współpracy coś czasem nie pójdzie według planu. Różnica między dobrą a złą agencją nie polega na tym, że u dobrej wszystko działa od razu. Polega na tym, że dobra mówi wprost co trzeba zmienić i proponuje konkretne działanie. Dostosowuje się do Ciebie i Twojej firmy.

 

Dlaczego wybór agencji marketingowej jest tak ważny dla małych firm

Z jednej prostej przyczyny. Mała firma nie ma budżetu na eksperymenty. Jeśli płacisz agencji 3-5 tysięcy złotych miesięcznie i nie masz z tego efektów przez pół roku, to nie jest lekcja. To jest 18-30 tysięcy złotych, które mogłeś przeznaczyć na coś, co naprawdę poruszyłoby Twój biznes do przodu.

Piszę o tym z perspektywy człowieka, który widzi obie strony. Pracuję z firmami, które przychodzą po roku lub dwóch nieudanej współpracy z agencją. Każda z nich mówi to samo: gdybym wiedział na co patrzeć na początku, nie podpisałbym tej umowy.

Problem jednak nie leży w tym, że przedsiębiorcy są naiwni. Leży w tym, że marketing jest dla większości z nich obcym terytorium. Prowadzisz firmę remontową, kancelarię prawną, gabinet fizjoterapii – jesteś ekspertem w swojej dziedzinie, a nie w marketingu. I rola właściciela firmy w marketingu nie polega na tym, żeby znać się na kampaniach, ale żeby wiedzieć, czego wymagać od ludzi, którzy się na nich znają. I to jest całkowicie normalne. Właśnie dlatego warto wiedzieć, w jaki sposób możesz się zabezpieczyć zanim wydasz pierwsze pieniądze na marketing dla swojej firmy.

Bo wybór agencji marketingowej to nie jest kwestia tego, która z nich ma ładniejszą stronę albo więcej logotypów klientów w stopce lub da Ci ofertę o 100zł niższą. To jest kwestia tego, czy po trzech miesiącach będziesz mógł otworzyć jeden raport i zobaczyć czarno na białym: tyle zapytań przyszło, tyle kosztowało jedno zapytanie, tylu z nich się zakwalifikowało i zostało moimi klientami. I na tej podstawie podjąć świadomą decyzję, czy dalej kontynuować współpracę.

I właśnie taką rozmowę prowadzę na konsultacji – ustalamy wspólnie, czego potrzebujesz, zanim zaczniesz wydawać pieniądze. Jeśli nie wiesz, czy Twoja obecna agencja dowozi wyniki, albo dopiero szukasz i nie chcesz trafić na minę – porozmawiajmy.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Najczęściej zadawane pytania

Wybierz agencję, która zaczyna od diagnozy (pytania o produkt, marżę, proces sprzedaży, dotychczasowe działania), a nie od „pakietu usług”. Dla małej firmy kluczowe jest, żeby marketing był powiązany z wynikiem biznesowym (zapytania/oferty/sprzedaż), a nie z „ruchem” czy „zasięgiem”. Dobra agencja:

  • proponuje konkretny cel i miary sukcesu (np. liczba leadów, koszt leada, konwersja),
  • ma jasny plan na pierwsze 30/60/90 dni,
  • zapewnia dostęp do narzędzi i danych (Ads/Analytics/Search Console),
  • mówi wprost, co jest realne w Twoim budżecie i czasie

Na pierwszym spotkaniu celem jest sprawdzić, czy agencja myśli kategoriami problem → strategia → egzekucja → pomiar.

Dobre pytania:

  • Co musicie wiedzieć o firmie, żeby zaproponować sensowny plan? (jeśli nie pytają o liczby i proces sprzedaży, to zły znak)
  • Jaki jest Wasz plan na pierwsze 30/60/90 dni?
  • Jakie KPI proponujecie i dlaczego właśnie te?
  • Jak będzie wyglądał raport i rozmowa o wynikach (co miesiąc/tydzień)?
  • Kto jest właścicielem kont (Google Ads/GA4/GSC) i kto ma dostępy?
  • Jak wygląda współpraca operacyjna: kto jest opiekunem, jakie są terminy reakcji, jak zgłaszamy zadania?
  • Co wchodzi w zakres, a co jest dodatkowo płatne?

W umowie najważniejsze są trzy rzeczy: zakres, rozliczenie i wyjście awaryjne. Uważaj na:

  • automatyczne przedłużenie i długie okresy wypowiedzenia,
  • kary umowne za wcześniejsze zakończenie (zwłaszcza „do końca umowy”),
  • niejasny zakres typu „prowadzenie działań marketingowych” bez listy konkretnych prac,
  • brak zapisów o dostępach i własności kont/danych,
  • brak zasad raportowania (częstotliwość, co jest raportowane, jakie wnioski i rekomendacje),
  • brak możliwości zmiany priorytetów w trakcie (marketing się zmienia — umowa też musi to przewidywać).

Minimalny bezpieczny standard: jasno opisany zakres + jasne KPI + cykliczny raport + dostęp do narzędzi + sensowne warunki wypowiedzenia.

Gwarancja „X leadów miesięcznie” brzmi dobrze, ale w praktyce często jest marketingiem… agencji. Uczciwa odpowiedź: agencja może gwarantować proces i jakość pracy, a nie zawsze gwarantować wynik końcowy, bo wynik zależy też od:

  • oferty (ceny, przewagi, produktu),
  • strony/UX i konwersji,
  • obsługi leadów i sprzedaży,
  • budżetu i czasu.

Zamiast gwarancji “efektu” lepiej wymagać:

  • jasnych KPI pośrednich i docelowych,
  • planu testów i optymalizacji,
  • transparentnych danych,
  • konkretnych wniosków i rekomendacji po każdym raporcie.

Jeśli agencja „gwarantuje wszystko” bez poznania firmy i liczb, to jest to sygnał ostrzegawczy.

Poznasz to po tym, czy jesteś w stanie odpowiedzieć na pytanie: co dokładnie zrobili w tym miesiącu, dlaczego i jaki był efekt. Dobra współpraca ma:

  • widoczny plan działań (backlog / harmonogram / sprinty),
  • raport, który zawiera wnioski (co działa, co nie, co zmieniamy),
  • dostęp do kont i danych (nie “screeny” zamiast dostępu),
  • metryki powiązane z biznesem (leady, koszt leada, konwersje), a nie tylko zasięgi.

Red flag: raporty z dużymi liczbami, a po Twoim pytaniu „ile było zapytań?” zapada cisza.

Nie powinna. Właścicielem kont reklamowych i analityki powinna być Twoja firma, a agencja powinna mieć dostęp jako partner/użytkownik. Dlaczego?
to Twoje dane, historia kampanii i ustawienia,
zmiana agencji nie może oznaczać „utraty konta”,
unikasz sytuacji, w której agencja “przetrzymuje” dostęp.

Bezpieczny standard:

  • Google Ads: konto na Twoim mailu / Twojej organizacji, agencja jako użytkownik z odpowiednimi uprawnieniami,
  • GA4/GSC: Twoja własność, agencja ma dostęp,
  • faktury i płatności: po Twojej stronie (albo jasno opisane w umowie, kto płaci i jak).

Jeśli ktoś nalega, że „tak musi być”, zapytaj: co się stanie, gdy zakończymy współpracę?

Cena zależy głównie od: zakresu, odpowiedzialności, intensywności pracy i poziomu specjalizacji.

Najczęstsze czynniki:

  • czy to jest strategia + wdrożenie, czy tylko wykonawstwo,
  • ile kanałów wchodzi w zakres (SEO, Ads, social, content, landing pages),
  • ile treści/kampanii miesięcznie,
  • czy w cenie jest kreacja (copy/design/wideo) czy tylko “zarządzanie”,
  • czy to branża trudna/konkurencyjna,
  • jak wygląda raportowanie i analiza (czas seniorów kosztuje).

    W praktyce “dobra” agencja rzadko jest najtańsza — ale najdroższe jest płacenie przez miesiące za działania, których nie da się ocenić. Dlatego zamiast pytać wyłącznie “ile kosztuje”, dopytaj: co dokładnie dostaję co miesiąc i jak sprawdzimy, że to działa.
    Jeśli chcesz, mogę przepisać te odpowiedzi w wersji bardziej “pod snippet” (krótsze 2–3 zdania + 3–5 bulletów) albo bardziej “blogowej” (dłuższe, z przykładami).

Przeczytaj również

Jak wybrać agencję marketingową? 5 czerwonych flag, które widać przed podpisaniem umowy Dowiedz się więcej »

Marcin Osiak, Sydney, Marketing

Ile kosztuje marketing? Dwie waluty, których nie liczysz

Marcin Osiak, Sydney, Marketing

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Ile naprawdę kosztuje marketing — i dlaczego odpowiedź „to zależy od budżetu” jest niepełna
  • Czym są dwie waluty marketingu i jak świadomie wybrać tą, którą płacisz
  • Ile godzin tygodniowo pochłaniają działania organiczne w małych firmach i dlaczego te liczby powinny Cię zaniepokoić
  • Jak spadające zasięgi na Facebooku i Instagramie zmieniają reguły gry
  • Kiedy lepiej zapłacić czasem, a kiedy pieniędzmi
  • Co tak naprawdę tracisz, gdy godziny na marketing zabierasz godzinom na sprzedaż i obsługę klientów

Ile kosztuje marketing? Standardowa odpowiedź brzmi: zależy od budżetu na reklamy. Ale to tylko połowa prawdy. Marketing organiczny wygląda na darmowy. Nie płacisz za kliknięcia, nie dostajesz faktury na koniec miesiąca, nikt nie wystawia rachunku za post na Facebooku. Więc właściciele małych firm siedzą wieczorami nad grafikami, nagrywają rolki w weekendy, piszą posty zamiast odpoczywać. Bo skoro nie kosztuje – to czemu nie robić. Problem w tym, że kosztuje. Tylko nie w złotówkach.

Te godziny spędzone na tworzeniu treści to godziny zabrane czemuś innemu. Sprzedaży. Obsłudze klientów. Rozwojowi firmy. Odpoczynkowi. I choć żadna faktura za nie nie przyjdzie, ich wartość jest jak najbardziej realna.

W rozmowach z przedsiębiorcami używam prostego schematu. 

Marketing ma dwie waluty: czas i pieniądze. Zawsze płacisz jedną z nich. Czasem obiema. Ale nigdy żadną.

 

Ile naprawdę kosztuje „darmowy” marketing

Raport brandbay.pl z 2024 roku pokazuje, że mikro i małe firmy w Polsce poświęcają średnio 13,5 godziny tygodniowo tylko na media społecznościowe. Samo tworzenie i planowanie postów to około 4,5 godziny. Monitoring i moderacja – kolejne 3 godziny. Analiza i raportowanie – 2,5 godziny. Odpowiadanie na komentarze i wiadomości – 3,5 godziny.

A tylko media społecznościowe. Bez bloga, bez newslettera, bez nagrywania materiałów wideo.

Dołóż jeden wpis blogowy tygodniowo. Według badań Orbit Media z 2024 roku to kolejne 2-4 godziny Twojego czasu. Dołóż newsletter – kolejne 1,5-3 godziny. Jeśli nagrywasz krótkie filmy – następne 2-4 godziny na przygotowanie, nagranie i montaż.

Suma? 15-20 godzin tygodniowo. 60-80 godzin miesięcznie.

Teraz drugie pytanie: ile jest warta godzina właściciela firmy?

Nie chodzi o to, ile zarabiasz. Chodzi o to, ile mógłbyś zarobić, gdybyś tę godzinę poświęcił na coś innego. Na spotkanie z klientem. Na zamknięcie sprzedaży. Na realizację zlecenia.

Dla właściciela małej firmy usługowej w Polsce to zwykle 100-250 złotych za godzinę. Wynika to z prostego przeliczenia: jeżeli przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wynosi około 55 złotych brutto za godzinę, to właściciel firmy, który bierze na siebie ryzyko i wykonuje pracę ekspercką, powinien wyceniać swój czas minimum 1,5-2 razy wyżej.

60 godzin miesięcznie na marketing organiczny przy stawce 150 złotych za godzinę to 9000 złotych. Tyle kosztuje „darmowy” marketing. Tylko że tej faktury nie widać.

 

Zasięgi, które przestały działać

Jest jeszcze jeden element, o którym mało kto mówi wprost.

Organiczne zasięgi na głównych platformach społecznościowych spadły w ostatnich latach dramatycznie. Raport Double Digital z 2025 roku podaje, że zasięgi organiczne na Instagramie spadły o 28% rok do roku. Na Facebooku typowy post firmowy dociera dziś do 2-10% obserwujących. Na LinkedInie strony firmowe osiągają często 1-5%.

Masz 5000 obserwujących na Facebooku. Publikujesz post. Zobaczy go 100-500 osób. Reszta nawet nie wie, że coś opublikowałeś.

Masz 2000 obserwujących na Instagramie. Wrzucasz grafikę. Dociera do 60-200 osób.

Platformy zmieniły sposób działania. Kiedyś pokazywały to, co obserwujesz. Dziś pokazują to, co według ich algorytmów prawdopodobnie Cię zaangażuje. Nie liczy się, że ktoś Cię śledzi. Liczy się, czy wchodzi w interakcje z Twoimi treściami — komentuje, zapisuje, ogląda do końca, udostępnia.

Tablica przestała być chronologiczną listą od obserwowanych. Stała się czymś w rodzaju serwisu z rekomendacjami — algorytm dobiera treści na podstawie zachowań użytkownika, nie jego deklaracji.

Dla firm oznacza to jedno: samo publikowanie już nie wystarczy. Trzeba albo tworzyć treści, które naprawdę angażują (co wymaga czasu i umiejętności), albo płacić za dotarcie. Trzeciej opcji nie ma.

 

Dwie waluty. Jak to działa

Jeśli nie masz budżetu na kampanie, płacisz czasem. Tworzysz posty wieczorami, nagrywasz relacje w weekendy, budujesz zasięg powoli, własnymi rękami.

Jeśli masz budżet, płacisz pieniędzmi. Kupujesz zasięg, kupujesz uwagę ludzi, do których sam byś nie dotarł.

Żadna z tych dróg nie jest lepsza ani gorsza. Obie mają swoje miejsce. Pytanie brzmi: którą walutę wolisz wydać i czy liczysz jej prawdziwy koszt.

Wielu przedsiębiorców mówi, że nie stać ich na reklamy, a jednocześnie spędza 15 godzin tygodniowo na tworzeniu treści, które zobaczą setki osób zamiast tysięcy. Gdyby te same godziny poświęcili na pracę z klientami, zarobiliby wystarczająco, żeby opłacić kampanię. I mieliby jeszcze czas na życie.

To nie jest zarzut, tylko obserwacja.

 

Kiedy płacić czasem, a kiedy pieniędzmi

Nie powiem Ci, że powinieneś robić reklamy płatne. Nie powiem też, że powinieneś stawiać wyłącznie na działania organiczne. Wszystko zależy od Twojej sytuacji.

Działania organiczne mają sens, gdy masz więcej czasu niż pieniędzy – na przykład dopiero startujesz i budujesz firmę od zera. Mają sens, gdy Twoja branża wymaga budowania zaufania przez dłuższy czas i gdy możesz sobie pozwolić na perspektywę 6-18 miesięcy do pierwszych poważnych efektów. Mają sens, gdy lubisz tworzyć treści i przychodzi Ci to naturalnie.

Reklama płatna ma sens w odwrotnej sytuacji. Gdy masz więcej pieniędzy niż czasu. Gdy potrzebujesz efektów szybciej niż za pół roku. Gdy Twój czas jest wart więcej niż koszt kampanii.

A najczęściej sens ma połączenie obu podejść. Organicznie budujesz fundament — rozpoznawalność, zaufanie, treści, które pracują długo. Płatną promocją przyspieszasz tam, gdzie potrzebujesz szybszych wyników.

Dane to potwierdzają. Według zestawień z lat 2024-2025 koszt pozyskania klienta przez działania organiczne (pozycjonowanie, treści) wynosi średnio 80-200 złotych. Przez reklamę płatną: 150-800 złotych, zależnie od branży. Ale reklama płatna daje efekty w dni i tygodnie. Działania organiczne muszą pracować dla Ciebie miesiące.

Zwrot z inwestycji w reklamę płatną to średnio 200% (2 złote przychodu z każdej wydanej złotówki). Działania organiczne, gdy dojrzeją to 500-700% i więcej. Ale dojrzewają długo. Według danych Averi i podobnych analiz z lat 2023-2025 pełne efekty widać po 6-18 miesiącach regularnej pracy.

 

Co tracisz, gdy nie liczysz czasu

Każda godzina włożona w marketing to godzina zabrana czemuś innemu.

Właściciel firmy, który spędza 15 godzin tygodniowo na tworzeniu treści organicznych, ma 15 godzin mniej na pracę z klientami. Na realizację zleceń. Na budowanie relacji. Na rozwijanie oferty. To jest koszt, którego nie widać na fakturze. Ale jest realny.

Jeśli godzina pracy z klientem generuje 300 złotych przychodu, a godzina tworzenia treści organicznych generuje (statystycznie, w perspektywie roku) znacznie mniej — warto się zastanowić, czy to dobra inwestycja czasu. Może lepiej tę godzinę przepracować, a za zarobione pieniądze kupić zasięg?

Z drugiej strony, jeśli nie masz jeszcze klientów i każda godzina „pracy z klientem” to godzina siedzenia przy telefonie, który nie dzwoni, wtedy działania organiczne mogą być jedyną drogą do zbudowania widoczności. Nie ma uniwersalnej recepty. Jest świadoma decyzja.

 

Policz ile kosztuje marketing u ciebie

Marketing ma dwie waluty. Czas i pieniądze.

Większość właścicieli firm płaci czasem, nie licząc jego wartości. Wierzą, że robią marketing za darmo, bo nie widzą faktury. A potem brakuje im godzin w dobie, są zmęczeni, firma nie rośnie mimo ciągłego „robienia czegoś”.

Spróbuj przez tydzień zapisywać, ile godzin poświęcasz na marketing. Potem pomnóż przez wartość swojej godziny. Zobaczysz prawdziwy koszt.

A potem zadaj sobie pytanie: czy to najlepsza inwestycja tej waluty? Może tak. Może nie. Ale przynajmniej będziesz decydować świadomie.

Chcesz sprawdzić, która strategia marketingowa pasuje do Twojej sytuacji?

Umów się na bezpłatną rozmowę. Bez sprzedaży, bez zobowiązań. Spojrzymy razem na Twoją firmę i sprawdzimy, którą walutę warto dziś inwestować.ile 

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Najczęściej zadawane pytania

Nie. Nie płacisz za kliknięcia, ale płacisz czasem (tworzenie treści, planowanie, moderacja, analiza). Ten czas ma realną wartość — zwykle można go przeliczyć na stawkę godzinową właściciela firmy.

To zależy od tego, czy masz więcej czasu czy pieniędzy oraz jak szybko potrzebujesz efektów. Reklama płatna daje wyniki szybciej, a organic (treści/SEO/social) buduje długoterminowy kapitał i działa wolniej.

W praktyce często jest to kilkanaście godzin tygodniowo (social media, blog, newsletter, wideo). Warto policzyć to wprost, bo „darmowe” działania szybko stają się niewidzialnym kosztem.

Gdy potrzebujesz leadów/sprzedaży szybciej niż w perspektywie kilku miesięcy, gdy masz sprawdzoną ofertę i lejek oraz gdy Twój czas jest droższy niż koszt kampanii.

Zapisz godziny poświęcone na marketing przez tydzień, pomnóż przez wartość swojej godziny, a potem porównaj z budżetem reklamowym, który mógłbyś przeznaczyć na podobny cel (lead/sprzedaż/zasięg). To proste porównanie zwykle szybko pokazuje, którą „walutą” realnie płacisz.

Przeczytaj również

Ile kosztuje marketing? Dwie waluty, których nie liczysz Dowiedz się więcej »

kobieta przy laptopie, era AI

Era AI już z nami jest. Dlaczego Twój marketing musi „kosztować”, żeby zarabiał?

kobieta przy laptopie, era AI

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Dlaczego to AI nie jest problemem i dlaczego sposób, w jaki jej używasz, już nim jest
  • Co decyduje o tym, że jedna treść buduje zaufanie i generuje zapytania, a inna tylko wypełnia przestrzeń
  • Czemu autentyczność to dziś mierzalna przewaga konkurencyjna
  • Jak korzystać z AI, żeby wzmacniała Twój głos — a nie zastępowała Cię w marketingu

Era AI niewątpliwie już nadeszła. Mimo to 69% Polaków nie ufa treściom online, bo mogą być wygenerowane przez AI — tak wynika z badania KPMG z 2025 roku. A firmy w tym samym czasie inwestują w narzędzia, które… produkują tych treści coraz więcej. To nie jest paradoks bez wyjścia. Ale wymaga jednej decyzji, której większość firm nie chce, albo nie wie, że powinni jej podjąć.

Narzędzie, które nie zastępuje decyzji

Mam do AI konkretne podejście, które wypracowałem w swojej codziennej praktyce. Traktuję je jak każde inne narzędzie i do pewnych elementów sztuczna inteligencja sprawdza się znajomicie. Przyspiesza wykonanie pracy, pomaga zebrać informacje, daje pierwszy rys tekstu, a kiedy ją odpowiednio spromptujesz — zadaje pytania, na które sam byś nie wpadł i wychwytuje luki informacyjne. To realna wartość, której nie ma sensu odrzucać.

Ale narzędzie nie zastępuje decyzji. Nie zastępuje wiedzy z „linii boju”. Nie zastępuje perspektywy, którą wypracowałeś przez lata spotkań z klientami. Nie wie, jakie pytanie padło ostatnio trzy razy z rzędu na Twoich rozmowach handlowych. Nie wie, który błąd powtarza się u nowych klientów zanim jeszcze zaczniesz z nimi pracować. Tego nie wygenerujesz. Możesz to tylko… zapisać.

I dlatego problem zaczyna się tam, gdzie firma oddaje AI głos, zanim sama zdecyduje, co chce powiedzieć. Treść wychodzi, jest poprawna. Może nawet ładnie wygląda. Tyle tylko, że nie jest autentyczna. I klient to czuje — nawet jeśli nie potrafi tego opisać słowami.

Widzę to regularnie w dwóch wariantach…

Pierwszy: AI generuje wszystko. Treści są regularne, spójne stylistycznie, zgodne z kalendarzem. Po sześciu miesiącach profil wygląda profesjonalnie. Nie ma w nim jednak żadnego śladu człowieka, który za tym stoi — żadnej obserwacji z praktyki, żadnej wątpliwości, żadnej sytuacji, która pokazuje, jak właściciel myśli o swojej pracy. Klient trafia na taką stronę i widzi: firma istnieje. Ale nie ma powodu, żeby jej zaufać bardziej niż innej firmie z podobnie wyglądającym profilem.

Drugi: „Nie używam AI, bo mi odbiera autentyczność.” Ta sama firma spędza trzy godziny na napisaniu jednego posta, który i tak brzmi jak każdy inny post w branży — tylko bez wsparcia narzędzia, które mogłoby tę pracę przyspieszyć. Wysiłek jest, efekt często podobny.

I w tym miejscu musi to wybrzmieć. Tej rzeki już nie zawrócimy. AI jest, będzie i będzie coraz lepsza. Pytanie nie brzmi więc czy używać. Bardziej zasadne jest pytanie o to, co wkładasz do tego narzędzia — i co z niego dla Ciebie wychodzi.

Dlaczego „tanie” treści nie budują zaufania

Prof. Aleksandra Przegalińska w Trendbooku Nowego Marketingu 2026 opisuje zjawisko, które od jakiegoś czasu również obserwuję od praktycznej strony: „Internet jest jeszcze dla ludzi wtedy, gdy obecność w nim coś kosztuje. Gdy widać, że po drugiej stronie ktoś poświęcił czas, uwagę i energię.”

Ale kosztuje co konkretnie?

Kliknięcie, komentarz, udostępnienie, obserwowanie — każdą z tych czynności może wygenerować algorytm. I coraz częściej to robi. Przegalińska mówi wprost: wskaźniki zaangażowania coraz rzadziej opisują realną uwagę czy wpływ. To dane o ruchu w systemie, a nie o sensownym kontakcie z odbiorcą. Mówiąc prościej — liczby mogą rosnąć, a wpływ maleć. Nie zobaczysz tego w Analyticsie. To widać w momencie, gdy próbujesz coś sprzedać.

A dane to potwierdzają. Z badania KPMG „Trust, attitudes and use of AI — Poland snapshot 2025″ wynika, że 69% Polaków nie jest pewnych, czy treściom online można ufać, bo mogą być generowane przez AI. Badania neuromarketingowe NIQ z 2024 roku pokazują od strony mózgowej: reklamy odbierane jako AI wywołują słabszą aktywację pamięci niż tradycyjne kreacje. Marka nie zostaje w głowie — nie zostaje więc w decyzjach zakupowych.

Kantar Media Reactions 2024 to doprecyzowuje: 41% konsumentów deklaruje, że reklamy generowane przez AI im przeszkadzają. Nie dlatego, że są złe technicznie. Dlatego, że brakuje im czegoś. Odbiorca to wyczuwa, nawet jeśli nie potrafi tego nazwać.

Zatrzymaj się. I przeczytaj powyższy akapit jeszcze raz. Twoi klienci czytają Twoje treści dokładnie w ten sam sposób. Z rosnącym dystansem wobec wszystkiego, co wygląda jak wynik pracy algorytmu i z coraz mniejszą cierpliwością dla treści, które są poprawne, ale nic ich nie kosztowały.

Autentyczność to nie sentyment, ale Twoja marża

Edelman Trust Barometer 2024 podaje liczby, które warto mieć przed oczami przy każdej decyzji marketingowej: 55% konsumentów jest gotowych kupować od marki, której w pełni ufa — nawet gdy jest droższa od konkurencji. 63% kupi jej nowe produkty. 53% aktywnie ją poleci.

Zaufanie to marża, lojalność, rekomendacje. Trzy rzeczy, których nie daje żadna kampania, jeśli za treścią nie stoi ktoś — tylko coś.

Joanna Rewaj w Trendbooku Nowego Marketingu 2026 stawia to bez owijania w bawełnę w tekście „AI zrobi Ci kampanię. I właśnie dlatego Twoja marka może zniknąć.” Nie dlatego, że kampania będzie zła. Ale dlatego, że będzie wyglądała dokładnie tak samo jak kampania kogoś innego, kto ma ten sam cel, podobną branżę i tę samą subskrypcję.

Kiedy wszyscy dają zbliżony prompt do tej samej platformy — dostają zbliżoną treść. Różnica między Twoją marką a marką konkurenta przestaje być widoczna.

Różnicowanie marki nie zaczyna się od kolorów ani od tonu komunikacji. Zaczyna się od tego, co masz do powiedzenia — i czy masz odwagę powiedzieć to pod własnym nazwiskiem.

Gdzie w erze AI kończy się narzędzie, a zaczyna Twój głos

Przegalińska nazywa to, czego szuka odbiorca, „widocznym tarciem poznawczym”. Miejsca, w których ktoś się waha, dopowiada, przyznaje, że czegoś nie wie, zmienia zdanie w połowie wywodu. „Takie momenty są trudne do skalowania i słabo się automatyzują — dlatego stają się cennym markerem obecności człowieka.”

Tarcie poznawcze to nie wada, lecz sygnał, że po drugiej stronie jest ktoś, kto naprawdę myśli — i kto przyjął na siebie ryzyko, że przemyśli coś niepopularnie albo niezgodnie z tym, co mówi reszta branży.

Jak to wygląda w praktyce?

Wyobraź sobie dwie firmy księgowe z tego samego miasta mające podobny zakres usług i zbliżone ceny. Jedna generuje trzy posty tygodniowo — poprawne, bez zarzutu, z jednolitą szatą graficzną. Druga publikuje rzadziej, ale właściciel pisze o tym, co widzi u klientów w tym kwartale. Jaki błąd powtarza się przy rozliczeniu końcowym roku. Dlaczego jedno konkretne pytanie powtarza się na każdym spotkaniu. Co zmieniło się w przepisach i co to oznacza dla firmy, która nie wie, że to jej dotyczy.

Której byś zaufał. Tej „sterylnej” czy tej, u której zobaczysz że to co jest napisane wychodzi ze zrozumienia klienta i jego problemów? Jak zawsze, różnica nie leży w narzędziu, ale w tym, kto ma coś do powiedzenia — i czy ma odwagę to powiedzieć.

W tym jednym aspekcie mała firma ma przewagę, której żadna duża marka nie jest w stanie kupić ani wygenerować: właściciela, który zna swoich klientów z imienia, widział ich problemy z pierwszego rzędu i przez lata zebrał wiedzę praktyczną, której nie znajdziesz w żadnym raporcie. Ta wiedza jest Twoim kapitałem marketingowym. Jedynym, którego nikt inny nie skopiuje.

A AI może pomóc Ci ją zapisać szybciej, wyraźniej, w lepszej strukturze. Ale żadne narzędzie nie wygeneruje za Ciebie tego, co wiesz.

Co to oznacza dla Twojego marketingu

Marketing zaplanowany zaczyna się od pytania, które zadaję na każdym pierwszym spotkaniu: co wiesz o swoich klientach, czego nie wie Twoja konkurencja?

Nie pytam o branżę. Pytam o konkretną wiedzę z praktyki — o to, co widziałeś na spotkaniach w tym miesiącu, o pytanie, które wraca regularnie, o problem, który rozwiązałeś inaczej niż wszyscy inni w Twojej branży. O to, co masz odwagę powiedzieć wprost, bo jesteś pewien, że to prawda. Dopiero po odpowiedzi na to pytanie ma sens rozmawiać o narzędziach, kanałach, harmonogramach i budżetach.

Bo firma, która zaczyna od narzędzi bez odpowiedzi na to pytanie, produkuje szum. Może spory, może regularny, może ładnie wyglądający. Ale jednak szum, który klienci wyczują — nawet jeśli nie mówią tego wprost.

Firma, która zna odpowiedź i używa AI, żeby ją powiedzieć szybciej i wyraźniej — produkuje sygnał. Sygnał, który zostaje w głowie i któremu ludzie ufają. I za który, jak pokazuje Edelman, są gotowi zapłacić więcej niż za tę samą usługę od kogoś, komu nie ufają.

Nie bój się AI. Nie obrażaj się na nią. Naucz się jej używać ze świadomością, co robi, a czego nie zrobi za Ciebie.

Chcesz sprawdzić, czy Twój marketing mówi Twoim głosem — czy tylko wypełnia przestrzeń?

Umów się na konsultację Spojrzymy razem na to, co publikujesz i co z tego faktycznie pracuje na Twoją firmę.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Najczęściej zadawane pytania

Same w sobie nie muszą. Problemem jest niska jakość i brak unikalnej perspektywy: powielanie podobnych fraz, „bezpieczne” uogólnienia, brak doświadczeń z praktyki i brak wartości dodanej. Dobre SEO wynika z tego, czy treść realnie pomaga użytkownikowi (odpowiada na pytanie, porządkuje temat, ma przykłady), a nie z tego, jakim narzędziem została napisana.

Google nie ocenia „AI vs człowiek” jako jedynego kryterium. Liczy się jakość, użyteczność i wiarygodność. Jeśli treść jest powierzchowna, nie wnosi nic nowego albo wygląda jak masowa produkcja, będzie przegrywać z materiałami, które mają konkret, dowody i wyraźny punkt widzenia.

Używaj AI do struktury, redakcji i researchu, ale nie oddawaj mu głosu. Najpierw zapisz swoje tezy, wnioski i przykłady (z rozmów z klientami, z projektów, z danych), a dopiero potem proś AI o: skrócenie, uporządkowanie, dopracowanie nagłówków, warianty leadu, listę kontrargumentów i pytania, które warto doprecyzować.

Najsilniej działają: case studies, liczby i kontekst (co, dla kogo, w jakich warunkach), proces „krok po kroku”, porównania opcji (plusy/minusy), realne ryzyka i ograniczenia, a także język pokazujący doświadczenie, a nie deklaracje.

Sygnały to m.in.: rosnące zasięgi bez wzrostu zapytań, niskiej jakości leady, brak odpowiedzi na newsletter, komentarze typu „fajnie” bez konkretu, mało zapisów/udostępnień „od ludzi” oraz feedback od sprzedaży, że klienci „nie rozumieją różnicy” między Tobą a konkurencją.

Przeczytaj również

Era AI już z nami jest. Dlaczego Twój marketing musi „kosztować”, żeby zarabiał? Dowiedz się więcej »

od chaosu do systemu, luka egzekucji

„To już wiemy” – najdroższe zdanie w Twojej firmie

od chaosu do systemu, luka egzekucji

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Dlaczego „wiedzieć” i „robić” to dwa różne światy, a przepaść między nimi kosztuje firmy ogromne pieniądze
  • Co mówią najnowsze dane o wdrożeniach AI i dlaczego 68% firm korzysta z narzędzi, ale tylko 5% widzi realne wyniki
  • Trzy etapy marketingu, których nie da się przeskoczyć
  • Jak wygląda praca „marketingowej Magdy Gessler” – czyli co tak naprawdę robię u klientów

Zdanie, które słyszę najczęściej

Spotkanie sprzedażowe. Przychodzę po researchu – przejrzałem stronę, social media, konkurencję, opinie klientów. Mam już obraz sytuacji i pomysł, jak mogę pomóc. Przedstawiam diagnozę, mówię co widzę, co można poprawić. Klient słucha, kiwa głową i na koniec mówi:

„Panie Marcinie, myśleliśmy że ma pan jakiś pomysł. Bo to co pan mówi, to my to wszystko wiemy.”

Bardzo często to słyszę. I za każdym razem mam ochotę zapytać:

Skoro wiecie – to dlaczego tego nie robicie? Jakbyście robili, to teraz byśmy najprawdopodobniej nie rozmawiali.

A rozmawiamy nie dlatego, że przyszedłem z rewolucyjną wiedzą z Marsa. Rozmawiamy, bo widzę u dużo rozsypanych klocków. One leżą na stole: pomysły, narzędzia, nawet ludzie. Tylko, że nic z tego nie jest w żaden sposób poukładane. Nie ma procesu. Nie ma harmonogramu. Czasem nawet nie ma osoby, która pilnuje realizacji.

Jest wiedza. Nie ma egzekucji. I to jest bardzo droga luka w polskim biznesie.

Luka egzekucji – co to właściwie jest?

Luka Egzekucji to przepaść między tym co firma wie, że powinna robić, a tym, co faktycznie robi. Brzmi banalnie. Ale spójrzmy na liczby.

Według najnowszego Trendbooka 2026 wydanego przez Nowy Marketing, 68% zespołów marketingowych już dziś korzysta z narzędzi AI. Jednocześnie tylko 17% przeszło jakiekolwiek formalne szkolenie z ich wykorzystania. A ile firm widzi z tego realne wyniki biznesowe? 5%.

Pięć procent. To nie jest problem technologii. To nawet nie jest problem budżetu. Tylko to jest problem wdrożenia.

Wojtek Strzałkowski, Head of Product w GOG.com, ujął to w raporcie bardzo precyzyjnie: „Różnica między prostym zautomatyzowanym workflow, a pełnym systemem jest brutalna. Pierwsze da się zrobić w weekend. Drugie wymaga miesięcy pracy, zespołu ludzi i infrastruktury.”

Firmy kupują narzędzia, czytają o trendach, wiedzą, że powinny mieć strategię contentową, regularny newsletter, przemyślane kampanie. I co z tego, że wiedzą, skoro nic z tym potem nie robią? Bo między „wiedzieć” a „robić” jest przepaść tak szeroka, że można w niej zmieścić cały roczny budżet marketingowy.

 

Dlaczego sama wiedza nie wystarczy?

Co jakiś czas prowadzę warsztaty dla przedsiębiorców. Jak pytam:

– Kto wie, że powinien regularnie publikować treści w social mediach?

Rręce w górze.

– A Kto to robi systematycznie od co najmniej trzech miesięcy?

Wiele z tych rąk nagle się chowa.

To nie jest kwestia niewiedzy. To jest kwestia zasobów, systemu, Albo raczej jego braku.

Weźmy taki przykład. Firma usługowa, 12 pracowników, przychód około 3 milionów rocznie. Właściciel wie, że potrzebuje:

  • regularnych publikacji na LinkedIn (bo tam są jego klienci)
  • newslettera (bo buduje bazę)
  • lepszej strony internetowej (bo obecna wygląda jak z 2015)
  • systemu do zbierania opinii (bo konkurencja ma ich więcej)

Wie to od dwóch lat. Ma to zapisane w notatkach po każdym szkoleniu i konferencji branżowej.

Co z tym zrobił? Newsletter wystartował, ale umarł po czterech wydaniach. LinkedIn – post pojawia się raz na trzy tygodnie, jak akurat jest na niego czas. Strona – „w przyszłym kwartale się tym zajmiemy”. Opinie – „klienci sami nie chcą wystawiać”.

Dwa lata. Pełna świadomość problemu. Zero postępu. Tym właśnie jest luka egzekucji w czystej postaci.

 

AI jako najlepszy przykład tej przepaści

Sztuczna inteligencja to obecnie najgłośniejszy temat w marketingu. I jednocześnie najlepszy przykład luki egzekucji.

Dane z Trendbooka 2026 są bezlitosne. Przemek Jurgiel-Żyła, współzałożyciel Movens VC, mówi wprost: „Tylko ok. 5% marketerów deklaruje dziś znaczące wyniki z generatywnej AI. Co wyraźnie pokazuje, że bariera leży nie w technologii, lecz w transformacji procesów.”

ChatGPT kosztuje górne kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Claude podobnie. Narzędzia są dostępne, tanie, łatwe w obsłudze. A mimo to 95% firm nie widzi z nich realnych korzyści. Dlaczego?

Bo kupienie narzędzia to nie jest wdrożenie. Wdrożenie to:

  • zdefiniowanie, do czego konkretnie używamy AI
  • stworzenie promptów pod powtarzalne zadania
  • odpowiednie nadanie kontekstu w ustawieniach
  • przeszkolenie zespołu
  • ustalenie, kto weryfikuje jakość
  • zmierzenie, ile czasu oszczędzamy
  • regularna optymalizacja procesu

Samo „mamy dostęp do ChatGPT” brzmi trochę jak „mamy siłownię w budynku”. Teoretycznie wszystko jest. Praktycznie – nikt nie ćwiczy.

Co więcej, według prognoz cytowanych w raporcie, ponad 40% projektów związanych z agentami AI może zostać anulowanych do końca 2027 roku. Powód? Rosnące koszty i niejasna wartość biznesowa. Czyli znowu – nie technologia zawiodła. Zawiodło wdrożenie.

 

Marketingowa Magda Gessler

Gdy ktoś pyta czym się zajmuję, najłatwiej mi to wytłumaczyć przez porównanie do Magdy Gessler. Ona przychodzi do restauracji, patrzy co mają w kuchni, i mówi co tam nie działa oraz pokazuje, jak robić to dobrze. Ja robię mniej więcej to samo, tylko w marketingu.

Bo nie przychodzę z rewolucyjnymi pomysłami. Nie wymyślam nowych kanałów marketingowych ani przełomowych strategii, o których nikt wcześniej nie słyszał. Przychodzę i sprzątam.

Patrzę co firma ma – a zwykle jest tego trochę: pomysły, narzędzia, ludzie, budżet, nawet wiedza. Tylko, że to wszystko leży rozsypane jak składniki w chaotycznej kuchni. Trochę tu, trochę tam. Nikt nie wie, kto za co odpowiada. Nikt nie mierzy, co działa. Nikt nie trzyma się harmonogramu, bo tego harmonogramu nie ma.

Moja robota to:

  • wyciągnąć wszystkie klocki na stół
  • wyrzucić te, które nie mają sensu
  • ułożyć resztę w logiczną całość
  • przypisać odpowiedzialności
  • ustalić mierzalne cele
  • stworzyć harmonogram
  • pilnować realizacji

To nie jest sexy. To nie brzmi jak „strategia digital transformation” ani „holistyczne podejście do customer journey”.

To jest sprzątanie. Porządkowanie. Egzekucja. I właśnie dlatego działa.

Trzy etapy, nie jeden wielki skok

Wychodzę z założenia, że marketing to nie jest jednorazowa akcja. To proces, który ma swoje fazy. I nie da się przeskoczyć żadnej z nich.

Etap pierwszy: budowanie fundamentów. Oramy to, co nie działa. Z rozsypanych klocków układamy system. To często jeszcze nie daje efektów. Na razie budujemy system. Ustalamy kto za co odpowiada, co mierzymy, jaki jest harmonogram.

Etap drugi: wzrost. Mamy system, zajmujemy się bezwzględnie egzekucją. Co kilka miesięcy sprawdzamy co działa, na podstawie wniosków optymalizujemy. I to jest ten moment, w którym system zaczyna pracować i pojawiają się powtarzalne zapytania.

Etap trzeci: skalowanie. Jak już mamy fundament i podstawowe działania przynoszą rezultaty, dopiero wtedy możemy wymyślać, kombinować, bawić się w nowości.

Większość firm chce zacząć od trzeciego etapu. Szukają „nowego pomysłu”, „świeżego podejścia”, „czegoś, czego konkurencja nie robi”. A tymczasem nie mają nawet podstaw – nie wiedzą skąd przychodzą zapytania, nie mierzą efektów, nie mają harmonogramu.

To tak, jakby chcieć biegać maratony, nie umiejąc jeszcze przebiec kilometra.

Jak to wygląda w praktyce?

Niedawno opisałem na blogu współpracę z firmą sprowadzającą samochody z USA. To dobry przykład całego procesu.

Zastałem typową sytuację: publikacje w social mediach kilka razy w tygodniu, reklamy uruchamiane nieregularnie, brak jasnego podziału ról, brak mierzenia źródeł zapytań. Firma nie wiedziała, które działania faktycznie generują klientów.

Pierwsze miesiące to był etap pierwszy – testowanie, porządkowanie, ustalanie co działa. Dopiero gdy wypracowaliśmy jasny podział odpowiedzialności, przeszliśmy do etapu drugiego.

Efekt po sześciu miesiącach? Liczba zapytań o samochody wzrosła o 100% rok do roku. Nie dlatego, że zwiększyliśmy budżet czy odkryliśmy nowe narzędzie. Dlatego, że stworzyliśmy powtarzalny proces.

Co mnie nauczyło schudnięcie 60 kilogramów

Mógłbym teraz przejść do podsumowania, ale chcę na koniec podzielić się jeszcze czymś osobistym. Bo luka egzekucji to nie jest tylko zjawisko biznesowe. To jest coś, co możemy spotkać w każdej dziedzinie życia.

Kilka lat temu ważyłem 60 kilogramów więcej niż dziś. Wiedziałem, że powinienem schudnąć. Wiedziałem, jak to zrobić, ale wiedza nie wystarczyła. Przez lata „wiedziałem”, poznałem całego „fit YouTube’a” i nic z tym nie robiłem.

Co się zmieniło? Proces. Wizyta u dietetyka, rozpoczęcie liczenia kalorii, regularne treningi i ważenie się raz w tygodniu. To, co robię biznesowo zastosowałem też w życiu prywatnym. Zbudowałem system, który potem z żelazną konsekwencją wdrażałem w życie. Nawet jak przez pierwsze miesiące nie było żadnego efektu i pojawiały się myśli w głowie, żeby to wszystko rzucić w diabły.

I dokładnie tak samo działa marketing. Możesz wiedzieć wszystko o content marketingu, SEO, reklamach płatnych czy budowaniu marki. Ale jeśli nie masz procesu – zostaje ci tylko teoria.

Trzy pytania, które warto sobie zadać

Zanim zamkniesz ten artykuł i wrócisz do swoich codziennych zadań, zatrzymaj się na chwilę.

Pytanie pierwsze: Co wiesz, że powinieneś robić w marketingu, ale tego nie robisz?

Bądź ze sobą szczery. Nie chodzi o to, czego nie wiesz. Chodzi o to, co wiesz, ale odkładasz. Newsletter? Regularne publikacje? Analityka? Zbieranie opinii?

Pytanie drugie: Dlaczego tego nie robisz i powiększasz swoją lukę egzekucji?

Brak czasu to zwykle wymówka, nie przyczyna. Prawdziwe przyczyny to najczęściej: brak procesu, brak odpowiedzialności, brak priorytetów. Nikt nie pilnuje. Nikt nie rozlicza. Można odłożyć na później, bo „później” nie ma konsekwencji.

Pytanie trzecie: Co by się musiało zmienić, żebyś zaczął?

Czasem wystarczy jeden mały krok. Ustalić dzień tygodnia na newsletter. Zablokować godzinę na tworzenie treści. Wyznaczyć osobę odpowiedzialną. Ustawić przypomnienie w kalendarzu.

Jeszcze raz. Nie potrzebujesz nowej wiedzy. Potrzebujesz systemu.

Dlaczego nie będziesz tego robić sam

Znam odpowiedź na trzecie pytanie. Dla większości osób brzmi ona: „potrzebuję kogoś, kto mnie do tego zmusi”. I to jest całkowicie normalne. Dlatego ludzie chodzą na siłownię z trenerem, a nie sami. Dlatego firmy zatrudniają zewnętrznych konsultantów, zamiast wdrażać wszystko własnymi siłami. Dlatego istnieją deadline’y i spotkania statusowe.

Ludzie potrzebują struktury. Potrzebują kogoś, kto powie: „to miało być zrobione do piątku, dlaczego nie jest?”. Kogoś, kto nie da się zbyć wymówkami.

Ja jestem taką osobą dla moich klientów. Nie dlatego, że wiem więcej. Często klienci mają głębszą wiedzę branżową niż ja – i powinni ją mieć, bo to ich biznes. Jestem potrzebny, bo pilnuję procesu. Bo nie pozwalam, żeby „zróbmy to później” zamieniło się w „nie zrobiliśmy tego wcale”. Jestem zewnętrznym sumieniem ich marketingu.

Co dalej?

Jeśli czytasz ten tekst i myślisz „to o mnie” – masz dwie opcje.

Opcja pierwsza: zamkniesz artykuł, pokiwasz głową i wrócisz do tego, co robiłeś. Za rok będziesz w tym samym miejscu. Dalej będziesz „wiedzieć” co robić, ale ta wiedza będzie tylko w Twojej głowie.

Opcja druga: zrobisz jeden konkretny krok. Może to będzie ustalenie dnia na newsletter. Może skonfigurowanie analityki. Może wyznaczenie osoby odpowiedzialnej za social media. Może telefon do mnie.

Pierwszy krok nie musi być duży. Musi być konkretny. Bo wiedza bez działania to tylko ciekawostka, działanie bez systemu to chaos, a system bez egzekucji, to strata czasu.

A egzekucja? To jedyne, co naprawdę się liczy.


Chcesz porozmawiać o tym, jak zamknąć lukę egzekucji w Twojej firmie? Umów się na krótką rozmowę – sprawdzimy, które klocki leżą rozsypane i jak je poukładać.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Najczęściej zadawane pytania

Luka egzekucji to różnica między tym, co firma wie, że powinna robić (np. regularny content, analityka, proces sprzedaży), a tym, co faktycznie robi w praktyce. Innymi słowy: wiedza jest, ale nie ma systemu, odpowiedzialności i konsekwencji w działaniu.

Najczęściej to nie brak wiedzy, tylko brak procesu. W praktyce powtarzają się: brak właściciela tematu (kto odpowiada), brak priorytetów, brak harmonogramu, brak mierników, rozproszenie na zbyt wiele działań naraz oraz odkładanie decyzji „na później”.

AI może mocno przyspieszyć przygotowanie treści, analizę danych czy automatyzację powtarzalnych zadań, ale sama w sobie nie rozwiązuje problemu. Jeśli nie ma procesu, promptów, standardów jakości i osoby, która weryfikuje wyniki, to AI tylko zwiększy chaos.

Tak, pod warunkiem, że masz proces i konsekwentnie działasz. W małej firmie kluczowe jest ograniczenie zakresu (mniej rzeczy, ale regularnie), jasny podział odpowiedzialności (kto dowozi tematy) oraz rytm rozliczania działań. Czasem potrzebna jest też zewnętrzna osoba, która pilnuje systemu i terminu.

Przeczytaj również

„To już wiemy” – najdroższe zdanie w Twojej firmie Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry