Autor: Marcin Osiak

🎯 Planuję i wdrażam skuteczne strategie 🎯 Tworzę Marketing Zaplanowany — 🤝 Pomagam firmom się rozwijać 🤝 Pomogę też i Twojej

marketing w firmie bez działu marketingu, właściciel firmy

5 błędów, które powtarzają się w firmach bez działu marketingu

marketing w firmie bez działu marketingu, właściciel firmy

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Dlaczego „nie mamy działu marketingu” nie jest właściwą diagnozą problemu w małej firmie
  • Pięć typowych błędów firm prowadzących marketing bez działu
  • Jak wygląda realny model marketingu w firmie, w której etat marketingowy nie ma uzasadnienia
  • Co właściciel firmy musi zatrzymać u siebie, nawet jeśli całe wykonanie jest na zewnątrz

Bardzo rzadko pracuję z firmami, w których już jest wewnętrzny dział marketingu. W zdecydowanej większości moich współprac wygląda to inaczej, marketing prowadzi właściciel, czasem wspierany przez kogoś z biura „przy okazji”, czasem przez agencję „od postów”, która wrzuca po trzy publikacje tygodniowo i raz w miesiącu wysyła raport zasięgów.

I to jest normalne, bo brak działu marketingu jest stanem wyjściowym. Tak po prostu wygląda zdecydowana większość firm, z którymi pracuję, i tak będzie wyglądać dalej, bo etat marketingowy w firmie pięcio- czy piętnastoosobowej rzadko kiedy ma uzasadnienie biznesowe. Ale to nie znaczy, że tego obszary w firmach nie ma. I prawdziwy problem z marketingiem pojawia się wtedy, gdy nikt w firmie nie wie, co konkretnie się dzieje w jej marketingu, kto za to odpowiada, w jakim rytmie pracuje i po czym można poznać, że marketing działa.

Dlatego dziś chcę to z Tobą rozłożyć na czynniki pierwsze. Bo z moich rozmów z właścicielami firm wynika, że bardzo często mają poczucie, jakby pierwszy raz ktoś nazwał po imieniu to, co u nich nie gra. I to nie jest brak etatu. To jest brak układu, kto myśli, kto planuje, kto wykonuje, kto rozlicza.

 

Brak działu nie jest problemem. Brak procesu nim jest

Zatrzymajmy się na tej tezie na chwilę, bo z niej wynika wszystko, co napiszę dalej.

Firma piętnastoosobowa, która generuje 3–5 milionów przychodu rocznie, w 99% przypadków nie potrzebuje działu marketingu w jego „typowej” konfiguracji. To znaczy: nie potrzebuje czteroosobowego zespołu z dyrektorem marketingu, specjalistą od performance, copywriterem i grafikiem. Ona nie ma na to budżetu, nie ma takiego wolumenu pracy, i co najważniejsze, nie miałby kto tym zespołem zarządzać. Bo Ty jako właściciel masz własną firmę do prowadzenia, sprzedaż do robienia, klientów do obsługiwania.

Ta firma potrzebuje czegoś innego. Potrzebuje procesu. Czyli odpowiedzi na cztery proste pytania:

  1. co konkretnie ma się dziać w jej marketingu w najbliższych trzech, sześciu, dwunastu miesiącach;
  2. kto za który element bierze odpowiedzialność,
  3. w jakim rytmie to się dzieje,
  4. i po czym Ty jako właściciel poznasz, że to działa, albo że nie działa i trzeba zmienić kurs.

I dopóki tych odpowiedzi nie ma, każda kampania, każdy post, każda kolejna agencja i każdy nowy „pomysł na rolki” są dorzucane do firmy, która nie ma jak ich ocenić. Bo żeby ocenić, czy coś działa, trzeba najpierw wiedzieć, jaki efekt chcemy osiągnąć na koniec dnia. A żeby to wiedzieć, musi być proces. I to jest punkt wyjścia do naszych dzisiejszych rozważań.

 

Pięć błędów, które powtarzają się w firmach bez działu marketingu

Zanim pokażę, jak ten proces może wyglądać, chcę szybko przejść przez to, co u firm bez działu marketingu widzę najczęściej. To są błędy, które nie biorą się ze złej woli ani z braku kompetencji właścicieli. Biorą się z tego, że marketing dla większości z nich jest obcym terytorium, więc decyzje podejmowane są reaktywnie, pod presją wyniku albo pod wpływem ostatniej rozmowy z handlowcem agencji.

Pierwszy błąd: wynajęcie agencji „od postów” zamiast strategii.

Firma czuje, że „trzeba coś z tym marketingiem zrobić”, więc dzwoni do agencji. Agencja przychodzi z gotowym pakietem: dwa posty tygodniowo na Facebooku, trzy reelsy w miesiącu, kwartalna kampania reklamowa, raport z zasięgami. Wszystko za stałą kwotę, wszystko ładnie wygląda na ofercie. Tylko nikt nie zapytał, po co to wszystko robimy. Po pół roku raport zasięgów rośnie, a telefon w firmie dzwoni dokładnie tyle samo razy, ile przed rozpoczęciem współpracy. O tym, na co konkretnie patrzeć przy wyborze agencji, pisałem szerzej w tekście czerwone flagi, zanim wybierzesz agencję.

Agencja „od postów” nie jest złą agencją. Jest agencją wykonawczą, i jako taka ma rację bytu, ale tylko wtedy, kiedy ktoś w Twojej firmie wie, co ta agencja ma w Twoim biznesie osiągnąć. W firmie bez działu marketingu zwykle takiej osoby nie ma, więc agencja wykonuje to, co umie wykonywać, czyli treści. A treści bez celu nie są inwestycją, lecz kosztem.

Drugi błąd: marketing „przy okazji”, na asystentce, recepcji, handlowcu.

Drugi schemat, który widzę nagminnie, to zrzucenie marketingu na osobę, która ma w firmie całkiem inną rolę. Asystentka właścicielki, bo „ona zna się na Canvie”. Handlowiec, bo „i tak jeździ do klientów, to przy okazji ponagrywa filmiki”. Recepcjonistka, bo „ma najwięcej czasu między telefonami”.

Problem z tym podejściem jest dwojaki. Po pierwsze, ta osoba ma już własną pracę i marketing zawsze ląduje na końcu listy, więc kiedy w firmie jest gorący tydzień (a w małej firmie gorący tydzień jest co dwa tygodnie), marketing po prostu znika. Po drugie, nawet jeśli ten ktoś znajdzie czas, to robi rzeczy, których nikt go nie nauczył i z których nikt go nie rozlicza. Robi po swojemu, czasem dobrze, czasem słabo, bez planu, bez pomiaru, bez kontekstu. Po roku tej pracy jest dwieście postów w archiwum Instagrama, sześć newsletterów wysłanych zanim ten newsletter umarł, i żadnego wniosku, czy to przyniosło jakikolwiek skutek dla firmy.

Trzeci błąd: nikt nie wie, skąd przychodzą zapytania.

Pytam właściciela na pierwszym spotkaniu: skąd dzwonią do Ciebie klienci? I bardzo często słyszę: „z polecenia, chyba”. Pytam dalej: a z marketingu ile? „No nie wiem, pewnie trochę z Facebooka, bo tam to robimy”. Pytam jeszcze raz: ile konkretnie?

Cisza.

To jest moment, w którym widać czarno na białym, że marketing Twojej firmy istnieje w oderwaniu od jej biznesu. Pieniądze są wydawane, profile są prowadzone, czasem nawet jest jakaś agencja, ale nikt nie połączył tego z tym, co rzeczywiście dzieje się w sprzedaży. Brak pomiaru źródła zapytań to jeden z najtańszych do naprawienia błędów (pole „skąd nas znasz” w formularzu, jedno pytanie na początku rozmowy sprzedażowej, parametry w linkach z kampanii), a jednocześnie jeden z najczęściej spotykanych.

Czwarty błąd: właściciel robi wszystko sam.

To jest błąd lustrzany do drugiego, ale poważniejszy w skutkach. Bo o ile asystentka robiąca marketing przy okazji kosztuje firmę kilka godzin tygodniowo, o tyle właściciel robiący marketing sam kosztuje firmę swoim czasem, a to jest najdroższy zasób, jaki w tej firmie jest.

Wchodzę do firm, w których właściciel sam pisze posty na LinkedIn, sam wymyśla kampanie, sam siada do Canvy, sam dzwoni do drukarni po ulotki. Robi to wszystko, bo „nikt tego nie zrobi lepiej”. I to po części jest prawda. Znajomość Twojej branży, klientów i języka klientów jest rzeczywiście niezastąpiona. Tylko że robiąc to wszystko, przestajesz robić to, czego naprawdę nie da się oddać, czyli myślenie o kierunku. Piszesz post, zamiast rozmawiać z klientem. Projektujesz ulotkę, zamiast analizować, dlaczego trzy ostatnie zapytania spadły z lejka. To jest pułapka, w którą wpada większość przedsiębiorców z mojej praktyki. I wracam do niej szerzej w tekście rola właściciela firmy w marketingu, czego nie da się delegować.

Piąty błąd: reklamy uruchamiane przed przepracowaniem oferty.

I ostatni, moim zdaniem najdroższy. Firma uznaje, że potrzebuje „więcej leadów”, więc uruchamia kampanie. Czasem za naprawdę duże pieniądze. A oferta na stronie jest dokładnie tą samą ofertą, która od dwóch lat nie konwertuje organicznie, bo jest niejasna, bo nie wiadomo, do kogo dokładnie jest skierowana, bo cena pojawia się dopiero przy „porozmawiajmy”, a klient potrzebuje wiedzieć, w jakim rzędzie wielkości się znajduje, zanim w ogóle zrobi kolejny krok.

Jeśli oferta nie trafia do odbiorcy, reklama tylko pokazuje głośniej, że nie trafia. Pieniądze uciekają z konta coraz szybciej, a leadów albo nie ma w ogóle, albo są niskiej jakości. I zapętla się kolejne błędne koło, bo sprzedaż mówi „nie da się tych leadów zamknąć”, a marketing odpowiada, „to wina sprzedaży” – i w firmie zaczyna narastać frustracja. A tego dałoby się uniknąć, gdyby zanim w ogóle ruszyły reklamy, ktoś zatrzymał się i zapytał: czy mamy ofertę, którą można w ogóle promować.

Tych pięć błędów, do których mógłbym dorzucić jeszcze kilka, łączy jedna rzecz. Wszystkie są skutkiem braku procesu. Nie braku ludzi, nie braku pieniędzy, ale braku ułożonego procesu, który mówi: po co to wszystko robimy, kto za co odpowiada, jak to mierzymy.

 

Realny model marketingu w firmie bez działu marketingu

Teraz najważniejsza część tego tekstu, jak ten proces może wyglądać w praktyce, jeśli nie chcesz (i nie musisz) zakładać działu marketingu w swojej firmie.

W mojej pracy z klientami opieram się na bardzo prostym modelu trzech warstw. Każda z nich odpowiada za coś innego i każda wymaga innej kompetencji. Jeśli jedna z tych warstw jest pusta, cały marketing firmy się sypie niezależnie od tego, ile pieniędzy się w niego wkłada.

Warstwa pierwsza: strategia. Tu zostaje właściciel

Strategia to nie jest dokument w PDF, który leży na dysku. Strategia to są decyzje, które muszą zostać podjęte, zanim w firmie cokolwiek się publikuje, reklamuje albo wysyła.

Do kogo dokładnie sprzedajemy. Co tych klientów uwiera. Czym jesteśmy lepsi od trzech konkurentów, których oni rozważają w tym samym momencie. Po jakiej cenie chcemy sprzedawać. Czy chcemy mieć więcej małych klientów, czy mniej dużych. Czy w ogóle chcemy w tym roku rosnąć, czy raczej poukładać to, co mamy.

To są pytania, na które nie odpowie żadna agencja, żaden freelancer ani żaden zewnętrzny strateg sam z siebie. Może je zadać, może je pomóc Ci przepracować, może podsunąć ramki i pytania pomocnicze. Ale ostatecznie odpowiada na nie właściciel firmy, bo to są decyzje biznesowe, a nie marketingowe. I jeśli Ty ich nie podejmiesz, marketing Twojej firmy zawsze będzie chaotyczny, niezależnie od tego, kto go fizycznie wykonuje.

To jest warstwa, której nie da się i nie powinno się oddawać. Możesz ją współtworzyć z kimś – i to często jest dobry pomysł, bo z boku widać więcej, ale podpis pod tym, co Twoja firma chce robić w marketingu, należy do Ciebie.

Warstwa druga: plan. Tu wchodzi strateg

Strategia mówi, dokąd zmierzamy. Plan mówi, jak tam dojdziemy.

Ta warstwa zwykle wymaga kogoś, kto ma w marketingu doświadczenie i kto potrafi przełożyć Twoje cele biznesowe na konkretne działania, z kalendarzem, z budżetem, z miernikami. To może być wewnętrzny manager marketingu, jeśli Twoja firma jest na to gotowa, albo zewnętrzny strateg, który pracuje z Tobą jako partner. I to drugie jest dla większości firm bez działu marketingu rozwiązaniem rozsądniejszym kosztowo. Tak właśnie wygląda moja codzienna praca z klientami, to jest dokładnie ta rola.

Co konkretnie ten ktoś robi? Tworzy plan na kolejne sześć czy dwanaście miesięcy. Decyduje, na których kanałach jesteśmy aktywni i dlaczego akurat na nich. Ustala, ile treści, w jakich formatach i w jakim rytmie. Pisze briefy dla wykonawców. Pilnuje, żeby kampanie reklamowe były odpalane na przepracowanej ofercie, a nie na tej, którą trzeba dopiero napisać. Co miesiąc albo co kwartał siada z Tobą i sprawdza, co działa, co nie działa, co zmieniamy.

Plan to też miejsce, w którym podejmujemy decyzje o tym, czego nie robimy. Bo w firmie bez działu marketingu największe pieniądze są tracone na rzeczy, których w ogóle nie powinno się było zaczynać, tylko ktoś przekonał właściciela, że „to teraz trendy”. Strateg jest tą osobą, która ma powiedzieć „nie wchodzimy w to, bo to nie pasuje do tego, co ustaliliśmy w strategii”. To jest praca tak samo ważna, jak wymyślanie kolejnych kampanii.

Warstwa trzecia: egzekucja. Tu są wykonawcy

Trzecia warstwa to ludzie i firmy, które fizycznie produkują treść. Copywriter, grafik, montażysta wideo, specjalista od reklamy płatnej, agencja od SEO. Mogą być na B2B, na zlecenie, mogą być różni dla różnych zadań, i to jest w porządku, bo nikt nie potrzebuje jednej agencji do wszystkiego, jeśli ma plan, który ich spina.

Egzekucja jest najbardziej zewnętrzną warstwą w tym modelu. To znaczy: jest częścią, którą najłatwiej i najtaniej oddać na zewnątrz. Pod warunkiem, że dwie poprzednie warstwy są ułożone. Jeśli plan jest zrobiony i briefy są jasne, wykonawca dostaje konkretne zadanie z miernikiem, a Ty dostajesz konkretny wynik do oceny.

Bez dwóch wcześniejszych warstw wykonawcy są zostawieni sami sobie. I wtedy każdy z nich robi to, co umie robić najlepiej (copywriter pisze, grafik projektuje, specjalista Ads tworzy reklamy), ale całość tego marketingu nie układa się w nic spójnego. Bo nie ma czego układać.

 

Co musisz zatrzymać u siebie, nawet jeśli oddasz wszystko inne

Z tego modelu wynika jedna ważna konsekwencja. Nawet w firmie, która całą egzekucję i cały plan ma na zewnątrz, kilka rzeczy zostaje po stronie właściciela, zawsze.

Pierwsza rzecz: znajomość klienta. Jak Twoi klienci nazywają swoje problemy, czego się boją, co ich uwiera, w jakim języku o tym mówią, kiedy siadają do kawy z dyrektorem finansowym albo z prezesem na spotkaniu zarządu. To nie jest research, który można zlecić, ale wiedza, która pogłębia się po każdej Twojej rozmowie z klientem przez lata pracy w branży.

Druga rzecz: znajomość ekonomii firmy. Marża na produkcie, koszt obsługi klienta, sezonowość, cykl sprzedaży, którzy klienci są dla firmy długoterminowo najbardziej wartościowi. Jeśli tego nie wiesz Ty, nie wie nikt, kto z Tobą pracuje. A marketing bez tej wiedzy strzela na ślepo.

Trzecia rzecz: decyzja przy zmianie kursu. Marketing zawsze w pewnym momencie wymaga decyzji „robimy więcej tego, mniej tamtego”. I tę decyzję podpisuje właściciel. Możesz ją podejmować w rozmowie ze strategiem i wysłuchaniu argumentów za i przeciw, ale to Ty ostatecznie mówisz „ok, w to wchodzimy, tego nie robimy”. Bo to jest Twoja firma i Ty bierzesz na to ryzyko biznesowe.

Czwarta rzecz: rozliczanie z wykonawców i strategów. To Ty patrzysz w wyniki, zadajesz pytania, oczekujesz odpowiedzi, mówisz „to działa, zostajemy” albo „to nie działa, kończymy”. Bez tej kontroli żaden zewnętrzny partner nie utrzyma się w dyscyplinie.

To są cztery rzeczy. Mało, jak się patrzy z lotu ptaka. A to jest dokładnie ten zakres, którego brak w firmach bez działu marketingu powoduje, że „nic nie działa”, mimo że pieniądze są wydawane, agencje są wynajmowane, a posty są publikowane.

 

Jak to wygląda u moich klientów? Framework „marketingu zaplanowanego”

Dla zrozumienia tego modelu pokażę, jak to się układa w praktyce, w typowej firmie usługowej B2B, którą obsługuję od kilkunastu miesięcy. Bez nazwy, bo zależy mi, żebyś widział framework, a nie konkretną historię. I tak się składa, że bardzo rzadko pracuję z firmami, w których jest dział marketingu, więc ten obrazek pasuje do większości moich klientów.

Przed rozpoczęciem współpracy zawsze sprawdzam jak wygląda poziom „0”. Co się dzieje, jakie budżety idą na jakie kanały, jak to się przekłada na liczbę zapytań, jaką mamy infrastrukturę, czy mamy dostęp do wszystkich zasobów i od czego w ogóle zaczynamy. Bywa, że zadanie numer 1 to założenie firmowego konta Google i dodanie do strony www analityki. Czasem wchodzę do firmy z własnym zespołem podwykonawców, czasem pracuję z tymi, którzy już w firmie są, tylko teraz ktoś będzie nadawał kierunek działaniom marketingowym.

Po kilku rozmowach założeniowych (warstwa strategii) okazuje się, że firma chce w danym roku skoncentrować się na konkretnym segmencie klientów i z tym segmentem zbudować relację, zamiast pozyskiwać przypadkowe leady. Tę decyzję podejmuje właściciel, po dwóch–trzech rozmowach i wymianach argumentów. To jeszcze nie jest strategia w sensie formalnego dokumentu, ale z poziomu właściciela firmy mamy nadany konkretny kierunek, do którego się odnosimy przy każdej kolejnej decyzji.

Plan (warstwa druga) biorę na siebie. Ustalamy z właścicielem priorytety, które korygujemy w cyklach kwartalnych, dodatkowo ja co miesiąc rozpisuję, co konkretnie się dzieje na poszczególnych kanałach, briefuję wykonawców, sprawdzam, co dowieźli. Właściciel ma jedno spotkanie ze mną raz w tygodniu, 30 minut, max godzinę, i wychodzi z niego z decyzjami, a nie z zadaniami do wykonania samodzielnie. Wykonawcy mają na bieżąco informację zwrotną i możemy korygować / dostosowywać kurs.

Po kilku miesiącach w tych firmach wciąż nie ma działu marketingu, i być może długo jeszcze nie będzie. Ale jest proces, który mówi jednoznacznie, kto, co, kiedy i po co robi. Liczba zapytań od klientów z docelowego segmentu zwiększa się na tyle, że właściciel po raz pierwszy odzyskuje pewność, na co stać tę firmę w marketingu, a na co jeszcze nie. I to z mojej perspektywy jest najważniejszy wynik tej współpracy. Nie liczba postów, nie liczba leadów, tylko ta pewność.

Klienci często mówią mi w kuluarach, że czują się przy tej pracy bezpiecznie. Nie dlatego, że ja czaruję wynikami albo obiecuję rewolucję. Dlatego, że pierwszy raz wiedzą, za co konkretnie płacą i czego mogą się spodziewać.

 

Co możesz zrobić, jeśli rozpoznałeś tu swoją firmę

Jeśli czytasz ten tekst i widzisz w nim Twoją firmę, z agencją „od postów”, z marketingiem na asystentce, z reklamami przed przepracowaną ofertą, z właścicielem-strażakiem, z brakiem pomiaru, to chcę Ci powiedzieć jedną rzecz. To nie jest błąd Twojej osoby. To jest brak systemu, którego nikt Cię nigdy nie nauczył budować, bo prowadziłeś firmę z głową w branży, a nie w marketingu.

I dobra wiadomość jest taka, że tego systemu nie buduje się latami. Pierwsze trzy warstwy, da się ułożyć już w 2-3 miesiące. Potem to już egzekucja i optymalizacja, czyli to, co marketing rozumie i robi.

Jeśli chcesz porozmawiać o tym, jak ten model mógłby wyglądać w Twojej firmie bez działu marketingu, bez konieczności zatrudniania kogoś na etat, ale z procesem, który da Ci wreszcie pewność, że wiesz, za co płacisz i czego oczekujesz – umów ze mną bezpłatną rozmowę diagnostyczną. Sprawdzimy razem, gdzie Twoja firma jest dzisiaj i co najszybciej możesz w niej poukładać, żeby marketing przestał być zgadywanką.

I o tym właśnie jest marketing zaplanowany.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Najczęściej zadawane pytania

W większości przypadków nie. Mała firma rzadko ma wolumen pracy, który uzasadnia etat la marketingowca, nie mówiąc o całym dziale. Potrzebuje natomiast procesu, czyli ustalenia, kto myśli, kto planuje, kto wykonuje i kto rozlicza. Dopóki ten proces jest ułożony, brak działu nie jest problemem.

Strategia zostaje przy właścicielu, bo to są decyzje biznesowe, do kogo sprzedajemy, czym jesteśmy lepsi, po jakiej cenie. Plan i koordynację najczęściej bierze na siebie zewnętrzny strateg, który pracuje z właścicielem jako partner. Egzekucja, czyli treści, grafika, kampanie, idzie do wykonawców na B2B albo do agencji wykonawczej.

Nie ma jednej liczby, bo wszystko zależy od tego, na co decydujesz się w planie. Sam koszt etatu osoby od marketingu w MŚP zaczyna się od górnych kilku tysięcy miesięcznie z narzutami, a do tego dochodzą kampanie, narzędzia, produkcja. Współpraca ze strategiem zewnętrznym plus wykonawcy to najczęściej zakres od kilku do kilkunastu tysięcy miesięcznie, w zależności od skali. Najważniejsze, żeby ten koszt był zaplanowany na konkretne efekty, a nie wydawany „w ciemno”.

Agencja wystarczy tylko wtedy, kiedy ktoś w Twojej firmie wie, co ta agencja ma osiągnąć i potrafi ją z tego rozliczyć. Bez strategii i planu agencja stanie się „agencją od postów” i będzie produkować treści, które nikomu nie służą. Najczęściej najlepiej działa układ: właściciel plus strateg plus agencja wykonawcza.

Od trzech kroków. Po pierwsze, sprawdź, czy wiesz, do kogo dokładnie sprzedajesz i czym wygrywasz z konkurencją. Po drugie, zacznij mierzyć źródło zapytań. Po trzecie, zrób listę tego, co aktualnie się dzieje w marketingu Twojej firmy i kto za to odpowiada. Większość problemów jest widoczna już po tych trzech krokach.

Nie po zasięgach i nie po liczbie postów. Po tym, że rośnie liczba zapytań od klientów z segmentu, na którym Ci zależy, że potrafisz powiedzieć, skąd przyszedł każdy lead, i że Ty jako właściciel masz pewność, za co płacisz w marketingu i czego oczekujesz. Ten trzeci punkt jest dla większości moich klientów najważniejszą zmianą.

Przeczytaj również

5 błędów, które powtarzają się w firmach bez działu marketingu Dowiedz się więcej »

Marcin Osiak, Brisbane, noc, miasto

Autorytet w B2B buduje się latami. Czego o marketingu nauczyła mnie rozmowa z prezesem DocWay

Marcin Osiak, Brisbane, noc, miasto

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Dlaczego cofnięcie się od funkcji do problemu klienta jest w B2B ważniejsze niż jakakolwiek lista Twoich usług
  • Jak wygląda firma, w której klienci zostają po dziesięć lat – i czego o marketingu uczy nas ten model
  • Co rozmowa z prezesem firmy obsługującej klientów od kilkunastu mówi o budowaniu autorytetu w B2B

W ubiegłym tygodniu miałem przyjemność przeprowadzić wywiad z moim Klientem, Adamem Chodkowskim, prezesem DocWay – firmy, która właśnie wróciła z DocuWorld 2026 z dwoma tytułami: Customer Service Champion i Diamond Club Member. Pierwszy oznacza, że to jedyny w Polsce partner DocuWare, który spełnia konkretne metryki utrzymania klienta. Drugi – że poziom sprzedaży DocWay jest na tyle wysoki, że producent oprogramowania docenił go w skali międzynarodowej.

Rozmawialiśmy o DocuWare, o KSeF, o sztucznej inteligencji w obiegu dokumentów. Ale wyszedłem z tej rozmowy dwoma zupełnie innymi notatkami w głowie – takimi, które nie dotyczą software’u i obiegu faktur, tylko tego, jak Adam i jego zespół pracują z klientami. I tak się złożyło, że dokładnie te dwie rzeczy widzę u siebie w pracy niemal codziennie – tylko że zwykle widzę ich brak…

Chcę o nich napisać, bo wydaje mi się, że to są wnioski, które wykraczają daleko poza branżę DMS. To są obserwacje o tym, jak w ogóle wygrywa się rynek w B2B. I mam wrażenie, że jeśli prowadzisz dziś firmę usługową, technologiczną albo produkcyjną i sprzedajesz do biznesu, to dwie rzeczy, które za chwilę opiszę, są dla Twojego marketingu ważniejsze niż wybór kanału, częstotliwość publikacji czy budżet reklamowy.

Pierwsza lekcja: cofnij się o krok – od funkcji do problemu

Zapytałem Adama, w czym tkwi sekret tego, że klienci, którzy raz wdrożyli u nich DocuWare, zostają na lata. Mówiąc szczerze spodziewałem się odpowiedzi o procesie wdrożeniowym, o szczególnych funkcjach systemu albo o skillach sprzedażowych. A on powiedział mi coś, co wybrzmiało w moich uszach jak najlepszy podręcznik strategii marketingowej.

Powiedział, że kiedy zaczyna rozmowę z nowym klientem, ten zwykle przychodzi z gotową listą funkcji jakich oczekuje od narzędzia. Z opisem tego, co system ma robić. Zamiast od razu odpowiadać na tę listę, Adam cofa się o jeden krok wstecz. Pyta, co jest tym konkretnym problemem, który ma to wszystko rozwiązać. Gdzie są wąskie gardła w firmie, które mają zostać udrożnione. I dopiero z tego poziomu buduje rozmowę o tym, czy DocuWare w ogóle ma sens, a jeśli tak, to które jego elementy najszybciej zwrócą zainwestowane pieniądze.

To wydaje się banalne, ale jednak nie jest. Bo to jest dokładnie to, czego nie robi większość firm, z którymi zaczynam pracę nad ich marketingiem. Wchodzę do firmy, która od lat sprzedaje skomplikowaną usługę albo produkt do biznesu, i w jej komunikacji widzę listę funkcji. Co potrafimy zrobić. Jakie mamy certyfikaty. Ile lat działamy na rynku. Czasami jeszcze galerię realizacji.

Wszystko ładnie wygląda i jest potrzebne, tylko nigdzie nie ma odpowiedzi na pytanie, które zadaje sobie potencjalny klient w głowie, zanim w ogóle zacznie czytać Twoją ofertę: „okej, ale co to ma wspólnego z moim problemem?”

I tu jest moim zdaniem największa różnica między firmą, która z roku na rok buduje autorytet w B2B, a firmą, która latami się męczy z marketingiem. Adam cofa się do problemu klienta nie dlatego, że to jest sprytna technika sprzedażowa. On się tam cofa, bo dwieście czy trzysta razy widział te same problemy w setkach firm i wie, że obieg faktur sam w sobie nikogo nie interesuje. Klienta interesuje to, że w jego firmie zalegają dokumenty, że płatności są opóźnione, że księgowa kończy miesiąc o dwa dni za późno, że nikt nie wie, na czyim biurku leży nieprzeprocesowana umowa. To są problemy z jakimi mierzą się jego Klienci.

W marketingu B2B dla małych i średnich firm, czyli mojej codziennej pracy, to się przekłada na bardzo praktyczną rzecz. Większość moich klientów ma na stronie internetowej i w social mediach komunikat „robimy to i to”. A powinni mieć komunikat „rozumiemy, że masz problem X i Y, i wiemy, jak go rozwiązać”. To jest zupełnie inny język i zupełnie inny ton. To jest też zupełnie inny moment, w którym potencjalny klient zatrzymuje się przy Twoim profilu, bo nagle czyta o sobie, a nie o Tobie.

I chcę być uczciwy: to jest naprawdę trudne. Bo żeby napisać taki komunikat, musisz najpierw rozmawiać z klientami i wiedzieć, jak oni sami mówią o swoich problemach. Nie tak, jak Ty mówisz o ich problemach z perspektywy specjalisty, tylko tak, jak oni je nazywają we własnej firmie, gdy siadają do kawy z dyrektorem finansowym albo z prezesem na spotkaniu zarządu.

Większość firm, z którymi pracuję, takich rozmów ma dwie albo trzy w roku, i to zwykle podczas sprzedaży, kiedy jest już za późno, żeby z nich coś sensownego dla marketingu wynieść. I to jest pierwszy powód, dla którego autorytet w B2B buduje się latami. Bo zanim w ogóle będziesz w stanie pisać do klienta o jego problemie, musisz najpierw setki razy usłyszeć jak nazywa to, co go uwiera. A na to po prostu trzeba czasu.

Druga lekcja: w B2B retencja jest ważniejsza niż akwizycja

Drugi moment, który mnie zatrzymał, dotyczył tego, że Adam zwyczajnie nie ma w swojej firmie zjawiska, które w marketingu nazywa się churnem. Klienci, którzy zaczęli z DocWay pracę dziesięć czy jedenaście lat temu, są z nimi do dzisiaj. Pierwsze wdrożenie – najczęściej obieg faktur albo elektroniczne teczki pracownicze – to swego rodzaju pilot. Ale po tym, jak klient zobaczy konkretne korzyści biznesowe, w 90-100% przypadków wraca po kolejny proces. Po obieg umów, po zarządzanie kancelarią, po kolejne usprawnienia. Adam podał mi przykład klienta, który zaczął od jednego prostego procesu zakupowego, a dzisiaj ma w swojej organizacji około 200 procesów wspieranych przez DocuWare. To jest gigantyczna liczba.

Z mojej perspektywy stratega marketingu jest to lekcja, której większość polskich małych i średnich firm B2B kompletnie sobie nie uświadamia. Cała energia idzie w pozyskanie nowego klienta. Strona, kampanie, social media, content. Wszystko podporządkowane temu jednemu celowi: żeby ktoś nowy do nas zadzwonił. A w momencie, kiedy klient już się pojawił, zostaje sprzedażą i obsługą – i tyle widzi go marketing…

To jest błąd, który kosztuje firmy w B2B konkretne pieniądze, których nikt nie liczy.

Bo jeżeli jesteś firmą, która pracuje z klientami latami – a jeśli sprzedajesz cokolwiek bardziej skomplikowanego niż jednorazowy produkt, to zwykle tak właśnie jest -to każdy klient, którego masz dziś w portfelu, jest dla Ciebie wart wielokrotnie więcej niż wynika z pierwszej faktury. Pod warunkiem, że potrafisz się o niego zatroszczyć w taki sposób, żeby nie zaczął szukać alternatywy. I że potrafisz mu po pewnym czasie pokazać kolejny problem w jego firmie, który jesteś w stanie rozwiązać.

To nie dzieje się przy okazji. To wymaga konkretnej pracy marketingowej, której większość firm w ogóle nie robi.

Bo zobacz: kiedy ostatnio Twoja firma wysłała do swoich obecnych klientów newsletter, który nie był ofertą? Kiedy ostatnio zaprosiłeś ich na webinar, który nie kończył się sprzedażą? Kiedy ostatnio napisałeś tekst, który był skierowany nie do nowego leada, tylko do klienta, który jest z Tobą od trzech lat, i który w jakimś momencie zapyta sam siebie: „ciekawe, czy ci moi dotychczasowi dostawcy w ogóle pamiętają, że jesteśmy ich klientem?”

W marketingu zaplanowanym – tak nazywam swoją metodologię pracy – retencja klienta nie jest osobnym tematem. To jest jego część. I to często ważniejsza niż akwizycja, bo łatwiej jest nakłonić klienta, który Ci ufa od pięciu lat, do zakupu kolejnej usługi, niż przekonać kogoś nowego, żeby w ogóle podjął z Tobą rozmowę. O tym, co właściciel firmy musi w marketingu zatrzymać dla siebie, a czego nie powinien delegować w ogóle, pisałem szerzej w tekście „Rola właściciela firmy w marketingu – czego nie da się delegować”.

Adam mówi właśnie o tym, ale w nieco innym języku. Mówi, że pierwsze wdrożenie traktuje jak pilot. Że klient po nim wraca, bo zobaczył efekt. Że jego rozwiązania „żyją”, to znaczy są przez lata dostosowywane, optymalizowane i rozbudowywane razem ze zmieniającą się firmą klienta. To nie jest sprzedaż jednorazowa, to jest relacja, której punktem startu jest pierwszy projekt, a nie pierwsza faktura.

I tu wracamy do tej tezy, że autorytet w B2B buduje się latami. Bo w gruncie rzeczy autorytet, którym dziś dysponuje DocWay, i który skutkuje tym, że klienci sami wracają po kolejne procesy, jest w prostej linii efektem dziesięciu lat dotrzymywania słowa. Klient wdrożył pierwszy proces, zobaczył wynik, zobaczył też, że firma jest poukładana i kompetentna, i wtedy w pewnym momencie pomyślał sobie: „skoro tym się dobrze zajęli, to kto wie, może warto z nimi porozmawiać o czymś jeszcze”.

Tego się nie da skrócić. Tego się też nie da kupić jedną kampanią reklamową. Można to za to systematycznie budować przez lata, jeśli wiesz, co budujesz i po co.

Co z tego wynika dla Ciebie, jeśli prowadzisz firmę B2B

Z mojej perspektywy te dwie obserwacje: cofanie się od funkcji do problemu i traktowanie obecnych klientów jako fundamentu, a nie tła – dają się zamknąć w jednej tezie. 

W B2B wygrywa nie ten, kto głośniej krzyczy, tylko ten, kto rozmawia z klientem o jego problemie i potem nie znika.

Reszta to są wariacje tego samego motywu.

Jeśli prowadzisz firmę B2B i komunikujesz się dziś tak, jak komunikuje się większość rynku, czyli mówisz o sobie, o tym co robisz i jakie masz funkcje, to oczywiście możesz w ten sposób działać dalej. Tylko musisz mieć świadomość, że konkurujesz z firmami, które od dziesięciu lat rozmawiają z klientami o ich problemach i które nie wypuszczają klienta z ręki po pierwszej fakturze. A rynek to widzi. Kupujący w B2B nie są naiwni. Poznają kogoś, kto rozumie ich biznes, w pierwszych dwóch zdaniach rozmowy. I tak samo poznają kogoś, kto przyszedł sprzedać kolejny pakiet.

Dlatego jeśli miałbym Ci dziś coś polecić, to nie będzie to nowa kampania, ani wejście w nowy kanał. Nie będzie to też kolejny eksperyment z reklamą. Polecam dwie rzeczy.

Pierwsza: weź najbliższą rozmowę z potencjalnym klientem i zamiast od razu opowiadać mu o swojej ofercie, zadaj mu trzy pytania o jego konkretny problem. Nie o oczekiwania wobec usługi, tylko o to, co go uwiera w firmie, na co traci czas, czego się boi. Posłuchaj uważnie, jak o tym mówi. A potem wróć do swojej komunikacji i sprawdź, czy używasz tego samego języka, czy może mówisz po swojemu.

Druga: spójrz na listę swoich obecnych klientów i zapytaj się szczerze, kiedy ostatnio zrobiłeś dla nich coś, co nie było wystawieniem faktury. Jeśli nie pamiętasz, to to jest dobry moment, żeby zacząć. Bo Twoi obecni klienci są najtańszym i najlepszym źródłem przyszłej sprzedaży, jakie kiedykolwiek będziesz miał. Tylko w większości przypadków marketing tego źródła nie obsługuje, bo zajmuje się szukaniem nowych. Jeśli zastanawiasz się, jak zweryfikować, czy Twoja obecna agencja albo wewnętrzny dział marketingu w ogóle o tym myśli, kilka czerwonych flag opisałem w tekście „Jak wybrać agencję marketingową”.

Wracając do Adama

Dwa tytuły, z którymi DocWay wrócił z DocuWorld 2026 – Customer Service Champion i Diamond Club Member – są efektem tego, co Adam podsumował mi w jednym zdaniu: „to jest efekt konsekwentnego działania, sprzedaży i pracy z obecnymi klientami”. Nie jednej kampanii. Nie szczęśliwego zbiegu okoliczności w 2025 roku. Nie genialnego pomysłu marketingowego. Konsekwencji budowanej przez lata.

I to jest chyba rzecz, o której najczęściej zapominamy, kiedy zaczynamy mówić o marketingu B2B. Że to nie jest sprint, tylko bardzo długi spacer w konkretnym kierunku.

Cały wywiad z Adamem – o DocuWare, o AI w obiegu dokumentów, o KSeF i o tym, czego klienci oczekują od DocWay dzisiaj, a czego oczekiwali pięć lat temu – znajdziesz tutaj: Diamentowy partner DocuWare. Wywiad z Adamem Chodkowskim. Polecam, naprawdę warta przeczytania rozmowa. Sporo praktycznych obserwacji o tym, jak buduje się relację z klientem.

A jeśli Twoja firma B2B mierzy się dziś z którymś z tych dwóch tematów, albo komunikujesz funkcje zamiast problemów, albo cała Twoja energia marketingowa idzie w nowych klientów, a obecni dostają tylko fakturę, umów się ze mną na rozmowę. Sprawdzimy razem, co warto poukładać, zanim zaczniesz wydawać kolejne pieniądze na marketing.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Przeczytaj również

Autorytet w B2B buduje się latami. Czego o marketingu nauczyła mnie rozmowa z prezesem DocWay Dowiedz się więcej »

Mężczyzna myśli o tym jak wybrać agencję marketingową

Jak wybrać agencję marketingową? 5 czerwonych flag, które widać przed podpisaniem umowy

Mężczyzna myśli o tym jak wybrać agencję marketingową

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Jak wybrać agencję marketingową i po czym poznać, że sprzedaje pakiet zamiast rozwiązania
  • Pięć czerwonych flag, które widać zanim podpiszesz umowę
  • Kiedy współpraca z agencją marketingową jest w porządku i czego możesz od niej oczekiwać

Jak wybrać agencję marketingową, żeby później tego nie żałować? To pytanie, które słyszę dość regularnie. Często wchodzę do firm, które już miały agencję. Czasem jedną, czasem trzy. A czasem były podejmowane próby działań marketingowych, na własną rękę. Zazwyczaj niestety nie udane.

Pytam wtedy, co dokładnie się działo w kontekście marketingu i najczęściej słyszę ogólne informacje w stylu: nagrywaliśmy rolki czy reklamowaliśmy się na Facebooku. I w zasadzie tyle. Była umowa, był opiekun, były jakieś działania. Ale co konkretnie się działo i dlaczego właśnie to, a nie co innego – tego nikt nie potrafił wytłumaczyć.

I to jest właściwie główny problem przy wyborze agencji marketingowej. Bo zła agencja to nie jest agencja, która Cię oszuka. To jest agencja, która sprzedaje Ci usługę, której nie jesteś w stanie ocenić, ani przed podpisaniem umowy, ani w trakcie współpracy. I właśnie dlatego większość czerwonych flag widać już na etapie pierwszej rozmowy. Wystarczy wiedzieć, gdzie patrzeć.

 

Czerwona flaga numer 1: „Nie musisz się na tym znać, my się wszystkim zajmiemy”

To brzmi jak komfort. A często jest dokładnie czymś odwrotnym. Dobra agencja chce, żebyś rozumiał co robi i dlaczego. Nie dlatego, że chce Cię edukować z dobroci serca, ale dlatego, że świadomy klient, to lepszy klient. Wie, czego oczekiwać. Rozumie, że efekty wymagają czasu. Potrafi ocenić, czy działania idą w dobrym kierunku.

Agencja, która mówi nie musisz nic wiedzieć, my się zajmiemy, tak naprawdę mówi coś innego: nie pytaj co robimy, i nie sprawdzaj, czy to działa. Bo jeśli nie rozumiesz co jest robione, nie jesteś w stanie ocenić czy jest to robione dobrze. A jeśli nie jesteś w stanie tego ocenić, zostajesz z jedną informacją: są zapytania albo ich nie ma. I kiedy ich nie ma, słyszysz że trzeba więcej czasu, większego budżetu albo nowego pakietu. Choć wina za brak sprzedaży nie zawsze leży po stronie marketingu, o czym zresztą pisałem w tekście, „jak rozpoznać, że problem leży poza marketingiem„.

Pracuję z właścicielami firm, którzy po roku współpracy z agencją nie wiedzieli, czy mają dostęp do własnego konta Google Ads. Nie wiedzieli, kto jest właścicielem domeny. Nie mieli pojęcia, ile kosztuje ich pozyskanie jednego zapytania ofertowego… Tak nie wygląda partnerstwo, tylko to jest uzależnienie.  

 

Czerwona flaga numer 2: Umowa na lata, z automatu

Dobra współpraca nie potrzebuje przymusu kontraktowego. Jeśli agencja dostarcza wartość, klient zostaje, bo tego chce, a nie dlatego, że musi. Proste. A mimo to część agencji buduje swój model na długich umowach z automatycznym przedłużaniem i wysokimi karami za wcześniejsze rozwiązanie. Podpisujesz umowę na rok, ale jeśli wypowiesz jej na dwa miesiące przed końcem, automatycznie przedłuża się na kolejny rok. Chcesz odejść w trakcie? Kara umowna. Czasem równa wartości pozostałych miesięcy. Serio, widziałem takie „kwiatki”.

Znam przedsiębiorców, którzy płacili za usługę przez osiem miesięcy po tym, jak przestali widzieć jakiekolwiek efekty, bo taniej było dopłacać niż zerwać umowę. Wpadli w pułapkę, z której nie sposób się wyplątać.

Żeby było jasne. Nie mówię, że każda dłuższa umowa to zły znak. Pozycjonowanie wymaga czasu i stabilności, dlatego umowa na 6 czy 12 miesięcy ma sens, ale pod warunkiem, że obie strony wiedzą co jest celem i jak będą mierzyć postępy. Problem zaczyna się wtedy, gdy umowa jest skonstruowana w taki sposób, żeby Cię zatrzymać, a nie żeby chronić współpracę. Pytanie, które warto zadać przed podpisaniem takiej umowy: co się stanie, jeśli po trzech miesiącach uznam, że to nie działa? Jeśli odpowiedź brzmi kara umowna równa wartości umowy – zastanowiłbym się dwa razy przed złożeniem podpisu.

 

Czerwona flaga numer 3: Pełen pakiet, bez celu wynikowego

Strona, pozycjonowanie, Google Ads, social media, newsletter, hosting, baza danych jeden dostawca, jeden abonament, jeden opiekun. Wygodnie? Na pierwszy rzut oka może i tak. Ale wygoda nie jest celem marketingu. Celem marketingu jest to, żeby Twój telefon dzwonił, żeby przychodziły zapytania ofertowe, żeby klienci wiedzieli, że istniejesz i że warto z Tobą pracować.

Problem z pakietem „wszystko w jednym” jest taki, że żaden z tych elementów nie jest dopasowany do Twojej konkretnej sytuacji. Dostajesz stronę internetową, bo jest w pakiecie, a nie dlatego, że ktoś przeanalizował Twoją branżę i stwierdził, że to jest teraz Twoja najpilniejsza potrzeba. Dostajesz social media, bo są w pakiecie, a nie dlatego, że ktoś sprawdził, czy Twoi klienci w ogóle tam są.

Piszę o tym, bo jestem świadkiem takich „pakietów”. Wchodzę do firmy, która płaci 3–4 tysiące złotych miesięcznie za pakiet, który obejmuje osiem różnych działań. A jak pytam o efekty czy wyciągam raport od agencji, to jest on tak napisany, żeby nie dało się wyczytać żadnych konkretów. 

Dane w stylu: zrobiliśmy 5 optymalizacji na stronie, obecnie masz 3 frazy w top 10. Konkret? Dostęp do Google Analytics czy Google Search Console? Możesz zapomnieć… Strategia link buildingu w usłudze SEO? Nie ma, bo zakres pozycjonowania to pisanie bloga…

I to potrafi kosztować naprawdę wysokie abonamenty miesięcznie. Za działania, których w zasadzie nie ma.

A dobry marketing zaczyna się od pytania: co jest Twoim problemem i jaki wynik chcemy osiągnąć. Nigdy od katalogu usług do wykupienia. Jeśli na pierwszym spotkaniu agencja pokazuje Ci cennik pakietów zamiast zadawać pytania o Twoją firmę, to dla Ciebie jest to informacja, że sprzedaje produkt, a nie rozwiązanie. O tym, jak przygotować firmę na leady zanim wydasz pierwszą złotówkę, pisałem osobno i to jest kolejna lektura, która może Ci się przydać.

 

Czerwona flaga numer 4: Raporty z dużymi liczbami, ale bez odpowiedzi na jedno pytanie

Dostaję raport. Jest ładny. Są wykresy. Jest napisane, że kampania osiągnęła 150 000 wyświetleń. Zasięg wzrósł o 30%. CTR wynosi 2,8%. Ładnie. Kolorowo. Ale jak pytam: ile z tego było zapytań ofertowych? Zapada cisza.

Zasięgi, wyświetlenia, kliknięcia, to są metryki platformy, a nie metryki Twojego biznesu. O tych metrykach napisałem szerzej w tekście co naprawdę warto mierzyć zamiast zasięgów. Tu chcę powiedzieć jedno: raport, który nie odpowiada na pytanie „ile zapytań dostałem dzięki tym działaniom”, nie jest raportem.

Dobra agencja raportuje to, co Ciebie interesuje jako właściciela firmy. Liczbę zapytań. Koszt pozyskania leada. Konwersję z zapytania na klienta. I mówi wprost: tu działa, tu nie działa, tu musimy zmienić podejście. Agencja, która wysyła PDF z wykresami zasięgów i podpisem działania przebiegają zgodnie z planem, chroni siebie, nie Twoje pieniądze. Bo zasięg zawsze jest. Wyświetlenia też. Z tym, że fakt iż ktoś zobaczył Twoją reklamę jeszcze nic nie znaczy dla Twojego biznesu.

 

Czerwona flaga numer 5: Case study bez jednej konkretnej liczby

To jest subtelniejsza flaga, ale mówi wiele. Wchodzisz na stronę agencji. Jest zakładka realizacje albo case study. Czytasz: Dzięki naszym działaniom firma X zwiększyła widoczność w internecie. Efekt był imponujący. Klient jest bardzo zadowolony ze współpracy. I nic więcej. Żadnej liczby. Żadnego „przed” i „po”. Żadnej konkretnej metryki.

Imponujący efekt to nie jest informacja. Zwiększona widoczność to nie jest wynik. Zadowolony klient to nie jest dowód.

Dowód to jest: firma z branży X miała 5 zapytań ofertowych miesięcznie. Po 6 miesiącach współpracy ma 15. Koszt pozyskania leada spadł z 800 do 350 złotych. Konwersja ze strony wzrosła z 1,2% do 3,8%.

Taki opis mówi wszystko. Pierwszego typu opis nie mówi nic, bo jest tak ogólnikowy, że pasuje do każdej firmy na świecie. I właśnie o to chodzi, żeby pasował do każdej, bo jest szablonem, a nie opisem konkretnej współpracy.

Jeśli agencja nie potrafi pokazać jednego przypadku z liczbami, warto zapytać wprost: ile zapytań ofertowych wygenerowaliście dla firmy podobnej do mojej? Jeśli odpowiedź brzmi: to zależy od wielu czynników i nie jest w stanie powiedzieć Ci choćby skrawka konkretu, to dla Ciebie też jest już odpowiedź.

 

Jak wybrać agencję marketingową, która faktycznie dowozi wyniki?

Nie chcę, żebyś po przeczytaniu tego tekstu miał wrażenie, że każda agencja to problem. Bo to nieprawda. Są agencje, które bardzo dobrze wykonują swoją pracę. Rozpoznasz je po kilku rzeczach.

Pierwsza rozmowa zaczyna się od pytań o Twoją firmę, a nie od prezentacji cennika. Agencja chce wiedzieć, skąd masz klientów, jaka jest Twoja marża, czego próbowałeś już wcześniej i z jakim skutkiem. Najpierw musi pojawić się diagnoza, a dopiero później z niej ma wyniknąć „plan leczenia” dla Twojej firmy.

Kolejna sprawa. Umowa jest jasna: wiesz co jest w zakresie, a co jest poza nim, jakie są cele, jak będziemy mierzyć postępy, co się zadzieje jeśli współpraca nie zadziała. Żadnych niespodzianek.

Masz dostęp do wszystkiego, co jest Twoje. Konto Google Ads, konto Analytics, dostęp do domeny i serwera, hasła, kody. To są Twoje narzędzia i Twoje dane. Agencja nimi zarządza, ale właścicielem jesteś Ty. Jeśli kiedykolwiek zmienisz wykonawcę, wszystko zostaje u Ciebie.

Raporty mówią Ci to, co chcesz wiedzieć jako właściciel firmy: ile zapytań generuje marketing, ile kosztuje jedno zapytanie, co działa, co nie działa i co z tym robimy.

I co najważniejsze – agencja nie boi się powiedzieć, że coś nie działa. Bo w każdej współpracy coś czasem nie pójdzie według planu. Różnica między dobrą a złą agencją nie polega na tym, że u dobrej wszystko działa od razu. Polega na tym, że dobra mówi wprost co trzeba zmienić i proponuje konkretne działanie. Dostosowuje się do Ciebie i Twojej firmy.

 

Dlaczego wybór agencji marketingowej jest tak ważny dla małych firm

Z jednej prostej przyczyny. Mała firma nie ma budżetu na eksperymenty. Jeśli płacisz agencji 3-5 tysięcy złotych miesięcznie i nie masz z tego efektów przez pół roku, to nie jest lekcja. To jest 18-30 tysięcy złotych, które mogłeś przeznaczyć na coś, co naprawdę poruszyłoby Twój biznes do przodu.

Piszę o tym z perspektywy człowieka, który widzi obie strony. Pracuję z firmami, które przychodzą po roku lub dwóch nieudanej współpracy z agencją. Każda z nich mówi to samo: gdybym wiedział na co patrzeć na początku, nie podpisałbym tej umowy.

Problem jednak nie leży w tym, że przedsiębiorcy są naiwni. Leży w tym, że marketing jest dla większości z nich obcym terytorium. Prowadzisz firmę remontową, kancelarię prawną, gabinet fizjoterapii – jesteś ekspertem w swojej dziedzinie, a nie w marketingu. I rola właściciela firmy w marketingu nie polega na tym, żeby znać się na kampaniach, ale żeby wiedzieć, czego wymagać od ludzi, którzy się na nich znają. I to jest całkowicie normalne. Właśnie dlatego warto wiedzieć, w jaki sposób możesz się zabezpieczyć zanim wydasz pierwsze pieniądze na marketing dla swojej firmy.

Bo wybór agencji marketingowej to nie jest kwestia tego, która z nich ma ładniejszą stronę albo więcej logotypów klientów w stopce lub da Ci ofertę o 100zł niższą. To jest kwestia tego, czy po trzech miesiącach będziesz mógł otworzyć jeden raport i zobaczyć czarno na białym: tyle zapytań przyszło, tyle kosztowało jedno zapytanie, tylu z nich się zakwalifikowało i zostało moimi klientami. I na tej podstawie podjąć świadomą decyzję, czy dalej kontynuować współpracę.

I właśnie taką rozmowę prowadzę na konsultacji – ustalamy wspólnie, czego potrzebujesz, zanim zaczniesz wydawać pieniądze. Jeśli nie wiesz, czy Twoja obecna agencja dowozi wyniki, albo dopiero szukasz i nie chcesz trafić na minę – porozmawiajmy.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Najczęściej zadawane pytania

Wybierz agencję, która zaczyna od diagnozy (pytania o produkt, marżę, proces sprzedaży, dotychczasowe działania), a nie od „pakietu usług”. Dla małej firmy kluczowe jest, żeby marketing był powiązany z wynikiem biznesowym (zapytania/oferty/sprzedaż), a nie z „ruchem” czy „zasięgiem”. Dobra agencja:

  • proponuje konkretny cel i miary sukcesu (np. liczba leadów, koszt leada, konwersja),
  • ma jasny plan na pierwsze 30/60/90 dni,
  • zapewnia dostęp do narzędzi i danych (Ads/Analytics/Search Console),
  • mówi wprost, co jest realne w Twoim budżecie i czasie

Na pierwszym spotkaniu celem jest sprawdzić, czy agencja myśli kategoriami problem → strategia → egzekucja → pomiar.

Dobre pytania:

  • Co musicie wiedzieć o firmie, żeby zaproponować sensowny plan? (jeśli nie pytają o liczby i proces sprzedaży, to zły znak)
  • Jaki jest Wasz plan na pierwsze 30/60/90 dni?
  • Jakie KPI proponujecie i dlaczego właśnie te?
  • Jak będzie wyglądał raport i rozmowa o wynikach (co miesiąc/tydzień)?
  • Kto jest właścicielem kont (Google Ads/GA4/GSC) i kto ma dostępy?
  • Jak wygląda współpraca operacyjna: kto jest opiekunem, jakie są terminy reakcji, jak zgłaszamy zadania?
  • Co wchodzi w zakres, a co jest dodatkowo płatne?

W umowie najważniejsze są trzy rzeczy: zakres, rozliczenie i wyjście awaryjne. Uważaj na:

  • automatyczne przedłużenie i długie okresy wypowiedzenia,
  • kary umowne za wcześniejsze zakończenie (zwłaszcza „do końca umowy”),
  • niejasny zakres typu „prowadzenie działań marketingowych” bez listy konkretnych prac,
  • brak zapisów o dostępach i własności kont/danych,
  • brak zasad raportowania (częstotliwość, co jest raportowane, jakie wnioski i rekomendacje),
  • brak możliwości zmiany priorytetów w trakcie (marketing się zmienia — umowa też musi to przewidywać).

Minimalny bezpieczny standard: jasno opisany zakres + jasne KPI + cykliczny raport + dostęp do narzędzi + sensowne warunki wypowiedzenia.

Gwarancja „X leadów miesięcznie” brzmi dobrze, ale w praktyce często jest marketingiem… agencji. Uczciwa odpowiedź: agencja może gwarantować proces i jakość pracy, a nie zawsze gwarantować wynik końcowy, bo wynik zależy też od:

  • oferty (ceny, przewagi, produktu),
  • strony/UX i konwersji,
  • obsługi leadów i sprzedaży,
  • budżetu i czasu.

Zamiast gwarancji “efektu” lepiej wymagać:

  • jasnych KPI pośrednich i docelowych,
  • planu testów i optymalizacji,
  • transparentnych danych,
  • konkretnych wniosków i rekomendacji po każdym raporcie.

Jeśli agencja „gwarantuje wszystko” bez poznania firmy i liczb, to jest to sygnał ostrzegawczy.

Poznasz to po tym, czy jesteś w stanie odpowiedzieć na pytanie: co dokładnie zrobili w tym miesiącu, dlaczego i jaki był efekt. Dobra współpraca ma:

  • widoczny plan działań (backlog / harmonogram / sprinty),
  • raport, który zawiera wnioski (co działa, co nie, co zmieniamy),
  • dostęp do kont i danych (nie “screeny” zamiast dostępu),
  • metryki powiązane z biznesem (leady, koszt leada, konwersje), a nie tylko zasięgi.

Red flag: raporty z dużymi liczbami, a po Twoim pytaniu „ile było zapytań?” zapada cisza.

Nie powinna. Właścicielem kont reklamowych i analityki powinna być Twoja firma, a agencja powinna mieć dostęp jako partner/użytkownik. Dlaczego?
to Twoje dane, historia kampanii i ustawienia,
zmiana agencji nie może oznaczać „utraty konta”,
unikasz sytuacji, w której agencja “przetrzymuje” dostęp.

Bezpieczny standard:

  • Google Ads: konto na Twoim mailu / Twojej organizacji, agencja jako użytkownik z odpowiednimi uprawnieniami,
  • GA4/GSC: Twoja własność, agencja ma dostęp,
  • faktury i płatności: po Twojej stronie (albo jasno opisane w umowie, kto płaci i jak).

Jeśli ktoś nalega, że „tak musi być”, zapytaj: co się stanie, gdy zakończymy współpracę?

Cena zależy głównie od: zakresu, odpowiedzialności, intensywności pracy i poziomu specjalizacji.

Najczęstsze czynniki:

  • czy to jest strategia + wdrożenie, czy tylko wykonawstwo,
  • ile kanałów wchodzi w zakres (SEO, Ads, social, content, landing pages),
  • ile treści/kampanii miesięcznie,
  • czy w cenie jest kreacja (copy/design/wideo) czy tylko “zarządzanie”,
  • czy to branża trudna/konkurencyjna,
  • jak wygląda raportowanie i analiza (czas seniorów kosztuje).

    W praktyce “dobra” agencja rzadko jest najtańsza — ale najdroższe jest płacenie przez miesiące za działania, których nie da się ocenić. Dlatego zamiast pytać wyłącznie “ile kosztuje”, dopytaj: co dokładnie dostaję co miesiąc i jak sprawdzimy, że to działa.
    Jeśli chcesz, mogę przepisać te odpowiedzi w wersji bardziej “pod snippet” (krótsze 2–3 zdania + 3–5 bulletów) albo bardziej “blogowej” (dłuższe, z przykładami).

Przeczytaj również

Jak wybrać agencję marketingową? 5 czerwonych flag, które widać przed podpisaniem umowy Dowiedz się więcej »

Marcin Osiak biuro, AI

Dlaczego marketing nie działa? Sprawdź te 3 liczby w swojej firmie

Marcin Osiak biuro, AI

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Dlaczego zmiana agencji może niczego nie naprawić, choć wydaje się logicznym krokiem
  • Trzy liczby spoza marketingu, które decydują, czy jakakolwiek kampania ma szansę zadziałać
  • Co zrobić, kiedy marketing nie działa i faktycznie jest problemem (bo czasem naprawdę jest)

Większość rozmów z właścicielami firm o ich marketingu brzmi podobnie. Ten marketing nie działa – wydaję pieniądze, a efektów nie widać. Albo: Poprzednia agencja nic nie dowiozła, szukam kogoś nowego. Albo: Próbowałem LinkedIna, Facebooka, teraz muszę wejść na TikToka.

W części przypadków mają rację – marketing faktycznie nie działa, bo jest źle prowadzony. Zmiana wykonawcy albo poprawa współpracy coś daje. O tym pisałem w tekście o czterech wymiarach efektywności agencji marketingowej.

W pozostałych przypadkach marketing nie działa z zupełnie innego powodu. Nie dlatego, że kampania jest słaba, że agencja nie zna się na rzeczy, albo że budżet jest za mały. Powód jest prostszy i trudniejszy jednocześnie: matematyka Twojego biznesu nie pozwala na żaden działający marketing. I dopóki tej matematyki nie naprawisz, kolejna agencja niczego nie zmieni. Zmiana kanału niczego nie zmieni. Większy budżet niczego nie zmieni. Są trzy liczby, które to pokazują. Żadna z nich nie jest marketingowa. Policz je, zanim wydasz kolejną złotówkę na reklamę.


Liczba 1. Ile możesz wydać na pozyskanie klienta, żeby to jeszcze miało sens

Każdą pierwszą rozmowę z nowym klientem zaczynam od tego samego pytania: Ile MOŻESZ zapłacić za pozyskanie nowego klienta, żeby ta transakcja wyszła Ci na zero?

W ośmiu na dziesięć przypadków słyszę ciszę. Nie dlatego, że odpowiedź jest trudna. Dlatego, że nikt jej wcześniej nie próbował policzyć. Mechanizm jest prosty. Każdy klient ma dla Twojej firmy konkretną wartość: marża × liczba zakupów × lata współpracy. To jest Twój maksymalny budżet akwizycji. Jeśli na pozyskanie tego klienta wydasz mniej, zarabiasz. Jeśli wydasz więcej, tracisz. Niezależnie od tego, kto robi kampanię i jak pięknie wygląda raport.

Zrób sobie ten rachunek

  1. Weź średnią marżę na transakcji w swojej firmie.
  2. Pomnóż przez liczbę transakcji, jakie klient zrobi u Ciebie w ciągu współpracy (miesiąc, rok, pięć lat…).
  3. Dostajesz maksymalny koszt pozyskania klienta (CAC), jaki możesz w ogóle zapłacić, żeby wyjść na zero.
  4. Weź swój miesięczny budżet marketingowy i podziel przez liczbę klientów, których realnie w tym miesiącu pozyskałeś. To jest Twój rzeczywisty koszt pozyskania klienta.
  5. Porównaj.

Tu się zaczyna prawdziwa rozmowa. Bo „rzeczywisty CAC wyższy od maksymalnego” znaczy różne rzeczy w różnej skali.

Jeśli rzeczywisty CAC jest trochę wyższy od maksymalnego – powiedzmy o 20, 30, 40% – to tu jest praca dla marketingu. Lepszy targeting, inna kreacja, zmiana kanału, dopięcie landing page’a, porządne lead nurturing. Te rzeczy potrafią realnie obniżyć CAC. Po to między innymi marketing istnieje. Ale jeśli rzeczywisty CAC jest dwa albo trzy razy wyższy od maksymalnego, to już nie jest zadanie dla marketingu. Żadna optymalizacja nie przeskoczy takiej przepaści. Próbujesz wtedy wcisnąć model biznesowy, który się matematycznie nie spina, a kampania pokazuje Ci tę lukę tylko w większej skali, za większe pieniądze.

Jak to wygląda w liczbach

Załóżmy, że prowadzisz małą firmę projektową. Średnia wartość projektu: 8 000 zł. Marża: 40%, czyli 3 200 zł zysku na projekcie. Klient wraca średnio raz na dwa lata.

Wartość klienta dla Twojej firmy = 3 200 zł.

Teraz patrzysz na kampanię. Budżet miesięczny: 6 000 zł. Pozyskujesz z niej średnio jednego nowego klienta miesięcznie.

Twój realny CAC = 6 000 zł.

Tracisz 2 800 zł na każdym nowym kliencie, jeszcze zanim zaczniecie współpracę. CAC jest niemal dwukrotnie wyższy od wartości klienta. W tej skali optymalizacja marketingu nie wystarczy, nawet jeśli lepszy targeting ściągnie CAC o 30%, nadal tracisz na każdej transakcji. Musi dojść decyzja biznesowa: podnieść marżę, zwiększyć wartość życia klienta (o tym za chwilę), albo zejść z budżetu do poziomu, który się spina. Dopiero potem marketing może dodać swoje 20-30% optymalizacji i całość zaczyna pracować.

Wzory i szczegóły masz już rozpisane

Nie tłumaczę tu od zera CAC, CPL, LTV ani konwersji. Zrobiłem to w osobnym tekście o metrykach marketingowych, które warto mierzyć zamiast zasięgów. Tam masz wzory i poziomy odniesienia. Tu chcę od Ciebie jednego: rachunku, który mówi, czy w ogóle jest o czym rozmawiać.

Jeśli matematyka się nie spina, reszta artykułu nie ma znaczenia. Problem nie leży w marketingu, ale w ofercie, marży, cenie albo segmencie klientów, który próbujesz obsługiwać.


Liczba 2. Co dzieje się z leadem między formularzem a ofertą

Załóżmy, że pierwszą liczbę masz sprawdzoną i jest OK. Idziemy dalej.

Marketing ma jedno zadanie: przyprowadzić kogoś pod drzwi. Otworzyć je, zaprosić do środka, porozmawiać, zrozumieć potrzebę, zaproponować rozwiązanie, domknąć sprzedaż, to już nie jest robota marketingu. To jest robota firmy.

I tu właściciele firm najczęściej mylą diagnozę. Marketing dowozi leady. Sprzedaż ich nie zamyka. Wniosek właściciela? Marketing dowozi słabe leady. To czasem jest prawda, ale znacznie częściej prawdziwa diagnoza brzmi inaczej: proces obsługi leada w firmie jest dziurawy, a marketing nie ma jak tego naprawić.

Cztery pytania, na które musisz sobie odpowiedzieć

Weź leady z zeszłego miesiąca i odpowiedz szczerze:

  1. Ile czasu minęło średnio od zapytania do pierwszej odpowiedzi?
  2. Ile procent leadów w ogóle nie dostało odpowiedzi w ciągu 24 godzin?
  3. Ile kroków jest w Twoim procesie od zapytania do oferty, i kto za każdy z nich odpowiada?
  4. W którym kroku konwersja najmocniej spada?

Jeśli pierwsza odpowiedź przychodzi po dwóch dniach, problem nie jest w kampanii. Jeśli na 40 leadów w miesiącu piętnaście zostaje bez kontaktu, problem nie jest w kampanii. Jeśli między formularzem a ofertą jest siedem kroków, z których cztery wiszą na Tobie, a Ty nie masz czasu – problem nie jest w kampanii.

Przykład, który widzę bardzo często

Firma robi kampanię na Facebooku. W miesiąc wchodzi 30 zapytań. Piętnaście z nich wpada na maila, do którego właściciel zagląda raz dziennie. Pięć znika po pierwszej wiadomości, bo odpowiedź przychodzi po 36 godzinach. Kolejne pięć umiera w korespondencji, bo nikt nie wykonuje telefonu i sprawa się rozmywa. Z trzydziestu leadów do realnej rozmowy dochodzi pięciu. Sprzedaż zamyka dwóch.

Konwersja lead → klient: 6,6%. Diagnoza większości właścicieli: marketing dowozi słabe leady. Prawdziwa diagnoza: proces obsługi zapytań kosztuje firmę 23 leady miesięcznie. Żadna kampania tego nie nadrobi, bo nawet gdy leadów wejdzie dwa razy więcej, proces po drodze nadal spali ich tyle samo.

O tym, jak uporządkować proces obsługi zapytań zanim włączysz pierwszą reklamę, pisałem w tekście o przygotowaniu firmy na leady. Tu chodzi mi o jedno: czy wiesz, co się dzieje między kliknięciem a ofertą.


Liczba 3. Czy klient wraca i czy kogoś przyprowadza

Trzecia liczba jest najkrótsza. I dla wielu firm najdroższa.

Każdy marketing akwizycyjny jest tylko tak skuteczny, jak szczelny jest Twój biznes po akwizycji. Jeśli klient kupuje raz i nie wraca, jeśli nikt Cię spontanicznie nie poleca, to cała kampania reklamowa jest nalewaniem wody do wiadra z dziurą. Możesz nalewać więcej. Możesz nalewać szybciej. Wiadro i tak zostanie puste.

Dwie liczby do wyciągnięcia:

  • Jaki procent klientów wraca do Ciebie drugi raz?
  • Jaki procent nowych klientów przychodzi z polecenia, bez udziału kampanii?

Jeśli oba wskaźniki są niskie, problem nie leży w marketingu akwizycyjnym. Leży w tym, co klient dostaje po zakupie. W jakości usługi, w obsłudze, w produkcie, w doświadczeniu współpracy. Tego żadna agencja Ci nie naprawi, bo to nie jest zadanie marketingu.


Kiedy marketing faktycznie nie działa

Nie piszę tego tekstu po to, żeby zniechęcić Cię do marketingu ani do szukania pomocy. Piszę go, żeby oddzielić problem od objawu.

Marketing bywa prawdziwym problemem. Najczęściej wtedy, gdy:

  • Nie ma żadnego planu, tylko jest zbiór przypadkowych działań
  • Nie wiesz, z jakich kanałów pochodzą zapytania
  • Raporty pokazują zasięgi, a nie wyniki biznesowe
  • Agencja realizuje pakiet postów, a nie strategię

Wtedy zmiana agencji albo uporządkowanie współpracy faktycznie pomaga.

Ale to działa tylko wtedy, gdy trzy liczby powyżej się u Ciebie spinają. Jeśli się nie spinają, potrzebujesz kogoś, kto najpierw razem z Tobą przejdzie przez biznes, a dopiero potem weźmie się za marketing. Typowa agencja „od pakietu postów” tego nie zrobi, bo jej zadaniem jest realizacja, a nie diagnoza. To jest rola zewnętrznego dyrektora marketingu albo konsultanta strategicznego, który patrzy na Twój biznes jak właściciel, a nie jak wykonawca.


Jedno zastrzeżenie na koniec

Jest jeszcze czwarty scenariusz. Wszystkie trzy liczby się spinają, firma dowozi wyniki, a właściciel i tak nie wie, co konkretnie działa. Zapytania przychodzą, sprzedaż rośnie, ale gdy trzeba podjąć decyzję o kolejnym kroku, wszystko opiera się na intuicji, nie na danych. To nie jest problem fundamentów biznesu ale bardziej braku systemu w marketingu.

Taki przypadek opisałem w case study firmy sprowadzającej samochody z USA. Firma miała reklamy, miała posty, zapytania też się pojawiały, a mimo to nikt nie potrafił powiedzieć, co z tego faktycznie działa i dlaczego. Po uporządkowaniu procesu i wprowadzeniu mierzenia źródeł zapytań, w pół roku ich liczba wzrosła o 100%. Bez zwiększania budżetu. Diagnostyka jest prosta: jeśli Twoje trzy liczby się spinają i firma dowozi wyniki, ale czujesz, że nie masz kontroli nad tym, dlaczego tak się dzieje – to jest czwarta rozmowa, nie ta z tego artykułu.


Co z tym zrobić

Przejdź przez trzy liczby po kolei. Potraktuj to jak własną diagnostykę.

Jeśli pierwsza się nie spina – zanim uruchomisz jakąkolwiek kampanię, popatrz na ofertę, marżę i segment klientów, który próbujesz obsługiwać. Problem jest w modelu biznesu, nie w reklamie.

Jeśli druga się nie spina – zanim zwiększysz budżet marketingowy, ustaw proces obsługi zapytań. Inaczej większy budżet przyniesie tylko więcej leadów, które pójdą na zmarnowanie.

Jeśli trzecia się nie spina – zanim włączysz nową kampanię sprawdź, co dzieje się z klientem po pierwszym zakupie. Czy problem jest w produkcie, obsłudze czy może w doświadczeniu współpracy.

Dopiero gdy wszystkie trzy elementy są czyste, rozmowa o marketingu ma sens. Bo dlaczego marketing nie działa to pytanie, na które w wielu firmach odpowiedź leży zupełnie poza marketingiem.

I dokładnie taką rozmowę prowadzę w bezpłatnej konsultacji – ustalamy wspólnie, gdzie w Twojej firmie naprawdę leży problem, zanim zacznie Cię kosztować kolejne pieniądze w reklamach. Jeśli nie jesteś pewien, po której stronie leży Twój problem, to też jest dobry moment, żeby się umówić. Lepiej stracić trzydzieści minut na rozmowę niż pół roku na kolejną agencję.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Najczęściej zadawane pytania

Najczęściej dlatego, że problem nie leży w reklamach, tylko w matematyce biznesu: za mała marża, zbyt niski LTV (klient kupuje raz i znika) albo zbyt wysoki koszt pozyskania klienta (CAC) w stosunku do tego, ile na kliencie realnie zarabiasz. Wtedy nawet „dobra kampania” tylko szybciej pokazuje problem.

Najprościej: porównaj maksymalny akceptowalny CAC (ile możesz zapłacić za pozyskanie płacącego klienta, żeby to jeszcze miało sens) z rzeczywistym CAC (ile realnie płacisz za pozyskanie takiego klienta). Jeśli realny CAC jest 2–3× wyższy od tego, co się spina przy Twojej marży i LTV, to problem jest biznesowy, nie marketingowy.

CAC (Customer Acquisition Cost) to koszt pozyskania klienta. Jest ważniejszy niż zasięgi, bo pokazuje, czy marketing dowozi wynik biznesowy, a nie „ruch”. Możesz mieć świetne statystyki kampanii, a jednocześnie tracić na każdym nowym kliencie.

To bywa prawda, ale często  problem jest po stronie firmy: wolny czas reakcji, brak procesu obsługi leada, zbyt wiele kroków od momentu, gdy wpada zapytanie do podpisania kontraktu, brak konsekwencji w follow-upach. Marketing „przyprowadza Klienta pod drzwi”, ale jeśli firma nie umie przejąć rozmowy, to wynik wygląda jak „słabe leady”.

W większości firm najpierw wygrywa lepsza konwersja. Jeśli „dziurawy” proces spala leady, to zwiększanie budżetu tylko powiększa stratę (więcej zapytań, które i tak nie dojadą do oferty i decyzji).

Czasami tak, jeśli problemem jest jakość działań marketingowych. Ale jeśli nie spina się marża, LTV, proces obsługi leadów lub retencja, zmiana agencji nie rozwiąże przyczyny. Zmieni co najwyżej sposób raportowania objawu.

Przeczytaj również

Dlaczego marketing nie działa? Sprawdź te 3 liczby w swojej firmie Dowiedz się więcej »

Marcin Osiak, Sydney, Marketing

Ile kosztuje marketing? Dwie waluty, których nie liczysz

Marcin Osiak, Sydney, Marketing

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Ile naprawdę kosztuje marketing — i dlaczego odpowiedź „to zależy od budżetu” jest niepełna
  • Czym są dwie waluty marketingu i jak świadomie wybrać tą, którą płacisz
  • Ile godzin tygodniowo pochłaniają działania organiczne w małych firmach i dlaczego te liczby powinny Cię zaniepokoić
  • Jak spadające zasięgi na Facebooku i Instagramie zmieniają reguły gry
  • Kiedy lepiej zapłacić czasem, a kiedy pieniędzmi
  • Co tak naprawdę tracisz, gdy godziny na marketing zabierasz godzinom na sprzedaż i obsługę klientów

Ile kosztuje marketing? Standardowa odpowiedź brzmi: zależy od budżetu na reklamy. Ale to tylko połowa prawdy. Marketing organiczny wygląda na darmowy. Nie płacisz za kliknięcia, nie dostajesz faktury na koniec miesiąca, nikt nie wystawia rachunku za post na Facebooku. Więc właściciele małych firm siedzą wieczorami nad grafikami, nagrywają rolki w weekendy, piszą posty zamiast odpoczywać. Bo skoro nie kosztuje – to czemu nie robić. Problem w tym, że kosztuje. Tylko nie w złotówkach.

Te godziny spędzone na tworzeniu treści to godziny zabrane czemuś innemu. Sprzedaży. Obsłudze klientów. Rozwojowi firmy. Odpoczynkowi. I choć żadna faktura za nie nie przyjdzie, ich wartość jest jak najbardziej realna.

W rozmowach z przedsiębiorcami używam prostego schematu. 

Marketing ma dwie waluty: czas i pieniądze. Zawsze płacisz jedną z nich. Czasem obiema. Ale nigdy żadną.

 

Ile naprawdę kosztuje „darmowy” marketing

Raport brandbay.pl z 2024 roku pokazuje, że mikro i małe firmy w Polsce poświęcają średnio 13,5 godziny tygodniowo tylko na media społecznościowe. Samo tworzenie i planowanie postów to około 4,5 godziny. Monitoring i moderacja – kolejne 3 godziny. Analiza i raportowanie – 2,5 godziny. Odpowiadanie na komentarze i wiadomości – 3,5 godziny.

A tylko media społecznościowe. Bez bloga, bez newslettera, bez nagrywania materiałów wideo.

Dołóż jeden wpis blogowy tygodniowo. Według badań Orbit Media z 2024 roku to kolejne 2-4 godziny Twojego czasu. Dołóż newsletter – kolejne 1,5-3 godziny. Jeśli nagrywasz krótkie filmy – następne 2-4 godziny na przygotowanie, nagranie i montaż.

Suma? 15-20 godzin tygodniowo. 60-80 godzin miesięcznie.

Teraz drugie pytanie: ile jest warta godzina właściciela firmy?

Nie chodzi o to, ile zarabiasz. Chodzi o to, ile mógłbyś zarobić, gdybyś tę godzinę poświęcił na coś innego. Na spotkanie z klientem. Na zamknięcie sprzedaży. Na realizację zlecenia.

Dla właściciela małej firmy usługowej w Polsce to zwykle 100-250 złotych za godzinę. Wynika to z prostego przeliczenia: jeżeli przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wynosi około 55 złotych brutto za godzinę, to właściciel firmy, który bierze na siebie ryzyko i wykonuje pracę ekspercką, powinien wyceniać swój czas minimum 1,5-2 razy wyżej.

60 godzin miesięcznie na marketing organiczny przy stawce 150 złotych za godzinę to 9000 złotych. Tyle kosztuje „darmowy” marketing. Tylko że tej faktury nie widać.

 

Zasięgi, które przestały działać

Jest jeszcze jeden element, o którym mało kto mówi wprost.

Organiczne zasięgi na głównych platformach społecznościowych spadły w ostatnich latach dramatycznie. Raport Double Digital z 2025 roku podaje, że zasięgi organiczne na Instagramie spadły o 28% rok do roku. Na Facebooku typowy post firmowy dociera dziś do 2-10% obserwujących. Na LinkedInie strony firmowe osiągają często 1-5%.

Masz 5000 obserwujących na Facebooku. Publikujesz post. Zobaczy go 100-500 osób. Reszta nawet nie wie, że coś opublikowałeś.

Masz 2000 obserwujących na Instagramie. Wrzucasz grafikę. Dociera do 60-200 osób.

Platformy zmieniły sposób działania. Kiedyś pokazywały to, co obserwujesz. Dziś pokazują to, co według ich algorytmów prawdopodobnie Cię zaangażuje. Nie liczy się, że ktoś Cię śledzi. Liczy się, czy wchodzi w interakcje z Twoimi treściami — komentuje, zapisuje, ogląda do końca, udostępnia.

Tablica przestała być chronologiczną listą od obserwowanych. Stała się czymś w rodzaju serwisu z rekomendacjami — algorytm dobiera treści na podstawie zachowań użytkownika, nie jego deklaracji.

Dla firm oznacza to jedno: samo publikowanie już nie wystarczy. Trzeba albo tworzyć treści, które naprawdę angażują (co wymaga czasu i umiejętności), albo płacić za dotarcie. Trzeciej opcji nie ma.

 

Dwie waluty. Jak to działa

Jeśli nie masz budżetu na kampanie, płacisz czasem. Tworzysz posty wieczorami, nagrywasz relacje w weekendy, budujesz zasięg powoli, własnymi rękami.

Jeśli masz budżet, płacisz pieniędzmi. Kupujesz zasięg, kupujesz uwagę ludzi, do których sam byś nie dotarł.

Żadna z tych dróg nie jest lepsza ani gorsza. Obie mają swoje miejsce. Pytanie brzmi: którą walutę wolisz wydać i czy liczysz jej prawdziwy koszt.

Wielu przedsiębiorców mówi, że nie stać ich na reklamy, a jednocześnie spędza 15 godzin tygodniowo na tworzeniu treści, które zobaczą setki osób zamiast tysięcy. Gdyby te same godziny poświęcili na pracę z klientami, zarobiliby wystarczająco, żeby opłacić kampanię. I mieliby jeszcze czas na życie.

To nie jest zarzut, tylko obserwacja.

 

Kiedy płacić czasem, a kiedy pieniędzmi

Nie powiem Ci, że powinieneś robić reklamy płatne. Nie powiem też, że powinieneś stawiać wyłącznie na działania organiczne. Wszystko zależy od Twojej sytuacji.

Działania organiczne mają sens, gdy masz więcej czasu niż pieniędzy – na przykład dopiero startujesz i budujesz firmę od zera. Mają sens, gdy Twoja branża wymaga budowania zaufania przez dłuższy czas i gdy możesz sobie pozwolić na perspektywę 6-18 miesięcy do pierwszych poważnych efektów. Mają sens, gdy lubisz tworzyć treści i przychodzi Ci to naturalnie.

Reklama płatna ma sens w odwrotnej sytuacji. Gdy masz więcej pieniędzy niż czasu. Gdy potrzebujesz efektów szybciej niż za pół roku. Gdy Twój czas jest wart więcej niż koszt kampanii.

A najczęściej sens ma połączenie obu podejść. Organicznie budujesz fundament — rozpoznawalność, zaufanie, treści, które pracują długo. Płatną promocją przyspieszasz tam, gdzie potrzebujesz szybszych wyników.

Dane to potwierdzają. Według zestawień z lat 2024-2025 koszt pozyskania klienta przez działania organiczne (pozycjonowanie, treści) wynosi średnio 80-200 złotych. Przez reklamę płatną: 150-800 złotych, zależnie od branży. Ale reklama płatna daje efekty w dni i tygodnie. Działania organiczne muszą pracować dla Ciebie miesiące.

Zwrot z inwestycji w reklamę płatną to średnio 200% (2 złote przychodu z każdej wydanej złotówki). Działania organiczne, gdy dojrzeją to 500-700% i więcej. Ale dojrzewają długo. Według danych Averi i podobnych analiz z lat 2023-2025 pełne efekty widać po 6-18 miesiącach regularnej pracy.

 

Co tracisz, gdy nie liczysz czasu

Każda godzina włożona w marketing to godzina zabrana czemuś innemu.

Właściciel firmy, który spędza 15 godzin tygodniowo na tworzeniu treści organicznych, ma 15 godzin mniej na pracę z klientami. Na realizację zleceń. Na budowanie relacji. Na rozwijanie oferty. To jest koszt, którego nie widać na fakturze. Ale jest realny.

Jeśli godzina pracy z klientem generuje 300 złotych przychodu, a godzina tworzenia treści organicznych generuje (statystycznie, w perspektywie roku) znacznie mniej — warto się zastanowić, czy to dobra inwestycja czasu. Może lepiej tę godzinę przepracować, a za zarobione pieniądze kupić zasięg?

Z drugiej strony, jeśli nie masz jeszcze klientów i każda godzina „pracy z klientem” to godzina siedzenia przy telefonie, który nie dzwoni, wtedy działania organiczne mogą być jedyną drogą do zbudowania widoczności. Nie ma uniwersalnej recepty. Jest świadoma decyzja.

 

Policz ile kosztuje marketing u ciebie

Marketing ma dwie waluty. Czas i pieniądze.

Większość właścicieli firm płaci czasem, nie licząc jego wartości. Wierzą, że robią marketing za darmo, bo nie widzą faktury. A potem brakuje im godzin w dobie, są zmęczeni, firma nie rośnie mimo ciągłego „robienia czegoś”.

Spróbuj przez tydzień zapisywać, ile godzin poświęcasz na marketing. Potem pomnóż przez wartość swojej godziny. Zobaczysz prawdziwy koszt.

A potem zadaj sobie pytanie: czy to najlepsza inwestycja tej waluty? Może tak. Może nie. Ale przynajmniej będziesz decydować świadomie.

Chcesz sprawdzić, która strategia marketingowa pasuje do Twojej sytuacji?

Umów się na bezpłatną rozmowę. Bez sprzedaży, bez zobowiązań. Spojrzymy razem na Twoją firmę i sprawdzimy, którą walutę warto dziś inwestować.ile 

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Najczęściej zadawane pytania

Nie. Nie płacisz za kliknięcia, ale płacisz czasem (tworzenie treści, planowanie, moderacja, analiza). Ten czas ma realną wartość — zwykle można go przeliczyć na stawkę godzinową właściciela firmy.

To zależy od tego, czy masz więcej czasu czy pieniędzy oraz jak szybko potrzebujesz efektów. Reklama płatna daje wyniki szybciej, a organic (treści/SEO/social) buduje długoterminowy kapitał i działa wolniej.

W praktyce często jest to kilkanaście godzin tygodniowo (social media, blog, newsletter, wideo). Warto policzyć to wprost, bo „darmowe” działania szybko stają się niewidzialnym kosztem.

Gdy potrzebujesz leadów/sprzedaży szybciej niż w perspektywie kilku miesięcy, gdy masz sprawdzoną ofertę i lejek oraz gdy Twój czas jest droższy niż koszt kampanii.

Zapisz godziny poświęcone na marketing przez tydzień, pomnóż przez wartość swojej godziny, a potem porównaj z budżetem reklamowym, który mógłbyś przeznaczyć na podobny cel (lead/sprzedaż/zasięg). To proste porównanie zwykle szybko pokazuje, którą „walutą” realnie płacisz.

Przeczytaj również

Ile kosztuje marketing? Dwie waluty, których nie liczysz Dowiedz się więcej »

Jak być widocznym w AI

Jak być widocznym w AI, nie tylko w Google? Poznaj podstawy GEO

Jak być widocznym w AI

być W tym artykule przeczytasz o:

  • Dlaczego 60% wyszukiwań w Google kończy się bez kliknięcia w jakikolwiek wynik i co to oznacza dla Twojej strony
  • Czym różni się bycie wysoko w wynikach wyszukiwania od bycia cytowanym przez ChatGPT lub Perplexity
  • Co to jest GEO (Generative Engine Optimization)
  • Jak w 5 minut sprawdzić, czy sztuczna inteligencja w ogóle „widzi” Twoją firmę
  • Co konkretnie zrobić, żeby być widocznym w AI

Artykuły o SEO przez lata powtarzały to samo. Bądź wysoko w Google. Pozycjonuj stronę. Walcz o pierwszą stronę wyników. I rzeczywiście – kto był wysoko, ten zbierał kliknięcia.

Tyle że świat wyszukiwania właśnie się zmienia. Według najnowszych danych Chartbeat z marca 2026, ruch z Google Search do stron internetowych spadł o 34% rok do roku. Mali wydawcy stracili 60% ruchu z wyszukiwarek w ciągu dwóch lat. Badanie SparkToro i Datos pokazuje, że blisko 60% wyszukiwań w Google kończy się bez kliknięcia w jakikolwiek wynik – na urządzeniach mobilnych to już 77%.

Ten artykuł nie jest kolejnym tekstem o tym, że „SEO umiera”. Pokazuje, co się faktycznie zmieniło, dlaczego tradycyjne pozycjonowanie przestaje wystarczać i co konkretnie może zrobić mała firma, żeby nie zniknąć z radaru ani Google, ani sztucznej inteligencji.

Co się zmieniło w wyszukiwaniu

Przez ostatnie 20 lat wyszukiwanie wyglądało mniej więcej tak samo. Wpisujesz kilka słów, dostajesz listę niebieskich linków, klikasz, porównujesz, wybierasz. Cała strategia SEO opierała się na tym, żeby Twój link był jak najwyżej na tej liście.

Dziś coraz więcej osób w ogóle nie widzi tej listy. Piszą pełne pytanie – „Jaki CRM sprawdzi się w małej firmie usługowej, która nie ma działu sprzedaży?” – i oczekują gotowej odpowiedzi.

Dane potwierdzają tę zmianę. Według analizy Google Ads z 2025 roku, udział krótkich zapytań (1-2 słowa) spadł z 42% w styczniu do 31% w czerwcu. Rosną zapytania dłuższe, bardziej naturalne, konwersacyjne. Badanie Backlinko pokazuje, że ponad 50% wyszukiwań mobilnych odbywa się głosem, a zapytania głosowe są niemal zawsze pełnymi zdaniami.

Ale prawdziwa zmiana nie dotyczy długości zapytań. Dotyczy tego, gdzie ludzie w ogóle szukają.

Według Insightland, ChatGPT w Polsce osiągnął 9 milionów realnych użytkowników w czerwcu 2025 roku. To wzrost o 159% w ciągu sześciu miesięcy. Badanie Whites i SW Research z listopada 2025 pokazuje, że 21,8% Polaków w wieku do 24 lat wskazuje AI jako główne źródło wpływające na ich decyzje zakupowe.

Jak wygląda takie wyszukiwanie w praktyce? Użytkownik zadaje pytanie → AI analizuje dostępne źródła → AI generuje odpowiedź → użytkownik dostaje gotową informację, często z jednym lub dwoma linkami do pogłębienia tematu. Żadnego scrollowania przez dziesięć wyników. Żadnego porównywania stron. Odpowiedź i koniec.

Tradycyjne SEO optymalizuje pod algorytm, który rankinguje strony. Ale co, jeśli użytkownik nie widzi już rankingu? Co, jeśli widzi tylko odpowiedź?

Dlaczego dobre SEO nie wystarczy

Możesz być na pierwszej pozycji w Google i nadal nie dostawać ruchu. Brzmi absurdalnie, ale dane to potwierdzają.

Badanie SparkToro i Datos z 2024 roku pokazuje skalę zjawiska: 58,5% wyszukiwań w USA i 59,7% w Unii Europejskiej kończy się bez kliknięcia w jakikolwiek wynik. Zero-click. Użytkownik dostaje odpowiedź bezpośrednio w Google – featured snippet, panel wiedzy, AI Overview – albo po prostu zamyka kartę i idzie dalej.

Według danych Search Engine Land z 2025 roku, trend przyspiesza. W USA udział zero-click wzrósł z 24,4% w marcu 2024 do 27,2% w marcu 2025. Badanie Ahrefs z grudnia 2025 pokazuje, że tam gdzie pojawiają się AI Overviews, klikalność pierwszej pozycji spadła o 58%. W kwietniu 2025 było to 34,5%.

Co to oznacza w praktyce? Google samo odpowiada na pytanie użytkownika, korzystając z Twojej treści, ale nie kierując do Twojej strony. Wygrywasz pozycję, przegrywasz ruch.

A teraz dołóż do tego ChatGPT, Perplexity i Copilot. Ci ludzie w ogóle nie wchodzą na Google. Pytają AI: „Jaka firma w Olsztynie dobrze robi strony internetowe?” I dostają odpowiedź. Trzy nazwy, krótkie uzasadnienie, może link.

Pytanie brzmi: czy Twoja firma jest w tej odpowiedzi?

Bo tutaj leży fundamentalna różnica. Google indeksuje strony. Sprawdza słowa kluczowe, linki, szybkość ładowania. AI „rozumie” treści. Analizuje, czy odpowiadają na pytanie użytkownika — i czy może je zacytować jako wiarygodne źródło.

Firma z pierwszą pozycją w Google może być kompletnie niewidoczna dla ChatGPT. Bo jej strona to piękna wizytówka z ogólnikami typu „kompleksowe rozwiązania dopasowane do potrzeb klienta”, a nie źródło konkretnych odpowiedzi na konkretne pytania.

GEO – co to jest?

GEO to skrót od Generative Engine Optimization. Termin wprowadzony w pracy naukowej Aggarwal i zespołu, opublikowanej na konferencji ACM SIGKDD w 2024 roku.

Definicja jest prosta. SEO optymalizuje pod ranking w wyszukiwarce. GEO optymalizuje pod cytowanie w odpowiedzi AI.

Według tego badania, odpowiednio zoptymalizowane treści mogą zwiększyć „visibility share” w odpowiedziach silników generatywnych nawet o około 40%. Visibility share to miara tego, jak często Twoja treść pojawia się jako źródło w odpowiedzi AI.

Deloitte Polska w swoim opracowaniu z 2025 roku definiuje GEO jako „strategiczne podejście do optymalizacji treści pod wyszukiwarki i generatory odpowiedzi oparte na AI”. I od razu cytuje prognozę Gartnera: do 2026 roku wolumen tradycyjnych wyszukiwań spadnie o 25% z powodu chatbotów i wirtualnych asystentów.

Czy to oznacza, że SEO umiera? Nie. Według danych IMD z 2025 roku, ruch z usług AI wzrósł 7-krotnie od 2024, ale nadal odpowiada tylko za około 0,15% globalnego ruchu internetowego. Tradycyjne wyszukiwanie organiczne to wciąż około 50% całego ruchu.

Ale trendy są jednoznaczne. Badanie OneLittleWeb pokazuje, że chatboty AI rosną o 80% rocznie, podczas gdy wyszukiwarki stoją w miejscu lub lekko spadają. Adobe raportuje 12-krotny wzrost ruchu z AI do e-commerce w USA między lipcem 2024 a lutym 2025. Według Capgemini, 58% użytkowników deklaruje, że zastąpiło tradycyjne wyszukiwarki narzędziami AI przy odkrywaniu produktów i usług.

Dla małej firmy oznacza to jedno: nie musisz porzucać SEO. Ale jeśli Twoja strona nie jest „czytelna” dla AI, za rok lub dwa możesz zacząć tracić klientów na rzecz konkurencji, którą AI będzie polecać, a Ciebie nie.

Jak sprawdzić, czy AI „widzi” Twoją firmę

Zanim zaczniesz cokolwiek zmieniać, sprawdź czy jesteś widoczny w AI. To zajmie dosłownie 5 minut i da Ci konkretną odpowiedź, czy masz problem, czy nie.

Test pierwszy: zapytaj AI o swoją branżę. Wejdź na ChatGPT, Perplexity lub Copilot. Zadaj pytanie, które mógłby zadać Twój potencjalny klient. „Jaka firma w [Twoje miasto] dobrze robi [Twoja usługa]?” „Kogo polecasz do [problem, który rozwiązujesz] dla małej firmy?” „Jakie są najlepsze [Twój produkt/usługa] w Polsce?” Sprawdź odpowiedź. Czy Twoja firma się pojawia? Czy jest wymieniona z nazwy? Czy AI linkuje do Twojej strony?

Test drugi: zapytaj AI o siebie. „Co wiesz o firmie [Twoja nazwa]?” „Czym zajmuje się [Twoja nazwa] z [Twoje miasto]?” Jeśli AI odpowiada „nie mam informacji” albo podaje błędne dane — masz problem. Twoja firma jest niewidoczna dla AI albo źle zindeksowana.

Test trzeci: sprawdź, skąd AI czerpie informacje. W Perplexity odpowiedzi mają źródła. Sprawdź, jakie strony są cytowane przy pytaniach z Twojej branży. Czy to konkurencja? Portale branżowe? Fora? Jeśli konkurencja jest cytowana, a Ty nie — oni już robią GEO, świadomie lub nie. Ty jeszcze nie.

Co wynika z tych testów? Zapytanie → odpowiedź AI → źródła, z których AI korzysta. Jeśli Twoja strona nie jest źródłem — AI nie ma skąd wziąć informacji o Tobie. Nawet jeśli jesteś najlepszy w branży. Nawet jeśli masz pozycję pierwszą w Google. AI odpowiada na podstawie treści, które potrafi „zrozumieć” i zacytować.

Jak być widocznym w AI

Dobra wiadomość: nie potrzebujesz rewolucji. Potrzebujesz kilku konkretnych zmian, które możesz wdrożyć sam lub z minimalnym wsparciem.

Struktura treści: odpowiadaj na pytania wprost. AI szuka treści, które bezpośrednio odpowiadają na pytania użytkowników. Nie ogólników, nie marketingowego języka, nie „jesteśmy liderem w branży”. Przejrzyj swoją stronę. Czy jest tam sekcja FAQ z prawdziwymi pytaniami klientów? Czy opisy usług zawierają konkretne informacje — co robisz, dla kogo, w jakim czasie, za ile?

Przykład złej treści: „Oferujemy kompleksowe rozwiązania marketingowe dopasowane do potrzeb klienta.” Przykład dobrej treści: „Tworzymy plany marketingowe dla firm usługowych zatrudniających 5-50 osób. Proces trwa 4-6 tygodni. Ceny zaczynają się od X złotych.” AI nie zacytuje pierwszego zdania. Może zacytować drugie.

Dane strukturalne: pomóż AI zrozumieć Twoją stronę. Schema markup to kod, który mówi wyszukiwarkom i AI, czym dokładnie jest treść na stronie. Nazwa firmy, adres, godziny otwarcia, rodzaj działalności, opinie klientów. Sprawdź, czy Twoja strona ma podstawowe dane strukturalne. Narzędzie Google Rich Results Test pokaże, co Google i AI „widzi” na Twojej stronie. Jeśli wynik jest pusty, to jest priorytet do naprawienia.

Autorytet: bądź cytowany gdzie indziej. AI korzysta z wielu źródeł. Jeśli Twoja firma jest wymieniana na portalach branżowych, w artykułach, w katalogach firm – AI ma więcej punktów odniesienia. Nie chodzi o kupowanie linków. Chodzi o bycie obecnym tam, gdzie AI szuka informacji: branżowe bazy firm, wizytówka Google uzupełniona w 100%, artykuły eksperckie na portalach zewnętrznych, podcasty i wywiady.

Aktualność: świeże treści wygrywają. AI preferuje aktualne źródła. Strona ostatnio aktualizowana w 2021 roku będzie traktowana inaczej niż strona z treściami z tego kwartału. Nie musisz publikować codziennie. Ale regularna aktualizacja kluczowych stron — usługi, o nas, FAQ — i dodawanie nowych treści sygnalizuje, że firma jest aktywna.

Jak widzisz, GEO nie wymaga wielkich budżetów ani rewolucji. Wymaga zrozumienia, jak AI szuka i przetwarza informacje – i dostosowania do tego swoich treści.

Co dalej?

GEO nie zastępuje SEO. Uzupełnia je. Firmy, które dziś zaczną optymalizować treści pod AI, za rok będą cytowane tam, gdzie ich konkurencja jeszcze nie istnieje.

To nie wymaga dziesiątek tysięcy złotych ani dedykowanego zespołu. Wymaga decyzji: sprawdzam, gdzie jestem, i zaczynam działać.

Jeśli po testach z poprzedniej sekcji odpowiedź brzmi „AI mnie nie widzi” albo „nie wiem” – warto to zmienić. Zanim Twoi klienci przestaną Cię szukać w Google, bo znajdą odpowiedź w ChatGPT.

Chcesz sprawdzić, jak Twoja firma wygląda z perspektywy AI? Umów się na bezpłatną konsultację. Zrobimy wspólnie szybki audyt i ustalimy od czego zacząć.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Najczęściej zadawane pytania

SEO nie znika, ale zmienia się rola ruchu z Google. Coraz więcej zapytań kończy się bez kliknięcia (tzw. zero-click), a część użytkowników przenosi pytania do AI. Dlatego warto łączyć SEO (ruch) z GEO (cytowania i rekomendacje).

GEO to optymalizacja treści pod to, żeby były cytowane i wykorzystywane jako źródła w odpowiedziach narzędzi AI (np. ChatGPT, Perplexity, Copilot), a nie tylko wysoko rankowały w Google.

Zadaj AI pytania, które zadają Twoi klienci (branża + miasto + problem) i sprawdź, czy pojawia się Twoja marka oraz skąd pochodzą źródła. Dodatkowo zapytaj wprost „co wiesz o firmie X?” i oceń, czy odpowiedź jest poprawna i aktualna.

Najczęściej: jasne definicje, porównania, checklisty, instrukcje krok po kroku, krótkie odpowiedzi na pytania (FAQ), dane/liczby z kontekstem oraz treści z wyraźnym autorem i wiarygodnością.

Nie musisz publikować codziennie. Ważniejsze jest regularne odświeżanie kluczowych stron (oferta, FAQ, o nas) oraz aktualizacja artykułów, gdy zmieniają się narzędzia, dane lub rekomendacje (np. co kwartał lub co pół roku).

Tak. Największy efekt często daje poprawa podstaw: konkretna oferta, sekcja FAQ, dopracowane opisy usług, uzupełniona wizytówka firmy, spójne informacje w sieci i kilka wartościowych treści odpowiadających na realne pytania klientów.

Chcesz sprawdzić, jak Twoja firma wygląda z perspektywy AI? Umów się na bezpłatną konsultację. Zrobimy wspólnie szybki audyt i ustalimy od czego zacząć.

Ogólniki bez konkretów, brak odpowiedzi na pytania klientów, brak wiarygodnych źródeł/danych, treści nieaktualne, brak informacji „kim jesteś” (o firmie, usłudze, lokalizacji), oraz niska spójność informacji w różnych miejscach w sieci.

Przeczytaj również

Jak być widocznym w AI, nie tylko w Google? Poznaj podstawy GEO Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry