Autor: Marcin Osiak

🎯 Planuję i wdrażam skuteczne strategie 🎯 Tworzę Marketing Zaplanowany — 🤝 Pomagam firmom się rozwijać 🤝 Pomogę też i Twojej

Marcin Osiak, Brisbane, noc, miasto

Autorytet w B2B buduje się latami. Czego o marketingu nauczyła mnie rozmowa z prezesem DocWay

Marcin Osiak, Brisbane, noc, miasto

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Dlaczego cofnięcie się od funkcji do problemu klienta jest w B2B ważniejsze niż jakakolwiek lista Twoich usług
  • Jak wygląda firma, w której klienci zostają po dziesięć lat – i czego o marketingu uczy nas ten model
  • Co rozmowa z prezesem firmy obsługującej klientów od kilkunastu mówi o budowaniu autorytetu w B2B

W ubiegłym tygodniu miałem przyjemność przeprowadzić wywiad z moim Klientem, Adamem Chodkowskim, prezesem DocWay – firmy, która właśnie wróciła z DocuWorld 2026 z dwoma tytułami: Customer Service Champion i Diamond Club Member. Pierwszy oznacza, że to jedyny w Polsce partner DocuWare, który spełnia konkretne metryki utrzymania klienta. Drugi – że poziom sprzedaży DocWay jest na tyle wysoki, że producent oprogramowania docenił go w skali międzynarodowej.

Rozmawialiśmy o DocuWare, o KSeF, o sztucznej inteligencji w obiegu dokumentów. Ale wyszedłem z tej rozmowy dwoma zupełnie innymi notatkami w głowie – takimi, które nie dotyczą software’u i obiegu faktur, tylko tego, jak Adam i jego zespół pracują z klientami. I tak się złożyło, że dokładnie te dwie rzeczy widzę u siebie w pracy niemal codziennie – tylko że zwykle widzę ich brak…

Chcę o nich napisać, bo wydaje mi się, że to są wnioski, które wykraczają daleko poza branżę DMS. To są obserwacje o tym, jak w ogóle wygrywa się rynek w B2B. I mam wrażenie, że jeśli prowadzisz dziś firmę usługową, technologiczną albo produkcyjną i sprzedajesz do biznesu, to dwie rzeczy, które za chwilę opiszę, są dla Twojego marketingu ważniejsze niż wybór kanału, częstotliwość publikacji czy budżet reklamowy.

Pierwsza lekcja: cofnij się o krok – od funkcji do problemu

Zapytałem Adama, w czym tkwi sekret tego, że klienci, którzy raz wdrożyli u nich DocuWare, zostają na lata. Mówiąc szczerze spodziewałem się odpowiedzi o procesie wdrożeniowym, o szczególnych funkcjach systemu albo o skillach sprzedażowych. A on powiedział mi coś, co wybrzmiało w moich uszach jak najlepszy podręcznik strategii marketingowej.

Powiedział, że kiedy zaczyna rozmowę z nowym klientem, ten zwykle przychodzi z gotową listą funkcji jakich oczekuje od narzędzia. Z opisem tego, co system ma robić. Zamiast od razu odpowiadać na tę listę, Adam cofa się o jeden krok wstecz. Pyta, co jest tym konkretnym problemem, który ma to wszystko rozwiązać. Gdzie są wąskie gardła w firmie, które mają zostać udrożnione. I dopiero z tego poziomu buduje rozmowę o tym, czy DocuWare w ogóle ma sens, a jeśli tak, to które jego elementy najszybciej zwrócą zainwestowane pieniądze.

To wydaje się banalne, ale jednak nie jest. Bo to jest dokładnie to, czego nie robi większość firm, z którymi zaczynam pracę nad ich marketingiem. Wchodzę do firmy, która od lat sprzedaje skomplikowaną usługę albo produkt do biznesu, i w jej komunikacji widzę listę funkcji. Co potrafimy zrobić. Jakie mamy certyfikaty. Ile lat działamy na rynku. Czasami jeszcze galerię realizacji.

Wszystko ładnie wygląda i jest potrzebne, tylko nigdzie nie ma odpowiedzi na pytanie, które zadaje sobie potencjalny klient w głowie, zanim w ogóle zacznie czytać Twoją ofertę: „okej, ale co to ma wspólnego z moim problemem?”

I tu jest moim zdaniem największa różnica między firmą, która z roku na rok buduje autorytet w B2B, a firmą, która latami się męczy z marketingiem. Adam cofa się do problemu klienta nie dlatego, że to jest sprytna technika sprzedażowa. On się tam cofa, bo dwieście czy trzysta razy widział te same problemy w setkach firm i wie, że obieg faktur sam w sobie nikogo nie interesuje. Klienta interesuje to, że w jego firmie zalegają dokumenty, że płatności są opóźnione, że księgowa kończy miesiąc o dwa dni za późno, że nikt nie wie, na czyim biurku leży nieprzeprocesowana umowa. To są problemy z jakimi mierzą się jego Klienci.

W marketingu B2B dla małych i średnich firm, czyli mojej codziennej pracy, to się przekłada na bardzo praktyczną rzecz. Większość moich klientów ma na stronie internetowej i w social mediach komunikat „robimy to i to”. A powinni mieć komunikat „rozumiemy, że masz problem X i Y, i wiemy, jak go rozwiązać”. To jest zupełnie inny język i zupełnie inny ton. To jest też zupełnie inny moment, w którym potencjalny klient zatrzymuje się przy Twoim profilu, bo nagle czyta o sobie, a nie o Tobie.

I chcę być uczciwy: to jest naprawdę trudne. Bo żeby napisać taki komunikat, musisz najpierw rozmawiać z klientami i wiedzieć, jak oni sami mówią o swoich problemach. Nie tak, jak Ty mówisz o ich problemach z perspektywy specjalisty, tylko tak, jak oni je nazywają we własnej firmie, gdy siadają do kawy z dyrektorem finansowym albo z prezesem na spotkaniu zarządu.

Większość firm, z którymi pracuję, takich rozmów ma dwie albo trzy w roku, i to zwykle podczas sprzedaży, kiedy jest już za późno, żeby z nich coś sensownego dla marketingu wynieść. I to jest pierwszy powód, dla którego autorytet w B2B buduje się latami. Bo zanim w ogóle będziesz w stanie pisać do klienta o jego problemie, musisz najpierw setki razy usłyszeć jak nazywa to, co go uwiera. A na to po prostu trzeba czasu.

Druga lekcja: w B2B retencja jest ważniejsza niż akwizycja

Drugi moment, który mnie zatrzymał, dotyczył tego, że Adam zwyczajnie nie ma w swojej firmie zjawiska, które w marketingu nazywa się churnem. Klienci, którzy zaczęli z DocWay pracę dziesięć czy jedenaście lat temu, są z nimi do dzisiaj. Pierwsze wdrożenie – najczęściej obieg faktur albo elektroniczne teczki pracownicze – to swego rodzaju pilot. Ale po tym, jak klient zobaczy konkretne korzyści biznesowe, w 90-100% przypadków wraca po kolejny proces. Po obieg umów, po zarządzanie kancelarią, po kolejne usprawnienia. Adam podał mi przykład klienta, który zaczął od jednego prostego procesu zakupowego, a dzisiaj ma w swojej organizacji około 200 procesów wspieranych przez DocuWare. To jest gigantyczna liczba.

Z mojej perspektywy stratega marketingu jest to lekcja, której większość polskich małych i średnich firm B2B kompletnie sobie nie uświadamia. Cała energia idzie w pozyskanie nowego klienta. Strona, kampanie, social media, content. Wszystko podporządkowane temu jednemu celowi: żeby ktoś nowy do nas zadzwonił. A w momencie, kiedy klient już się pojawił, zostaje sprzedażą i obsługą – i tyle widzi go marketing…

To jest błąd, który kosztuje firmy w B2B konkretne pieniądze, których nikt nie liczy.

Bo jeżeli jesteś firmą, która pracuje z klientami latami – a jeśli sprzedajesz cokolwiek bardziej skomplikowanego niż jednorazowy produkt, to zwykle tak właśnie jest -to każdy klient, którego masz dziś w portfelu, jest dla Ciebie wart wielokrotnie więcej niż wynika z pierwszej faktury. Pod warunkiem, że potrafisz się o niego zatroszczyć w taki sposób, żeby nie zaczął szukać alternatywy. I że potrafisz mu po pewnym czasie pokazać kolejny problem w jego firmie, który jesteś w stanie rozwiązać.

To nie dzieje się przy okazji. To wymaga konkretnej pracy marketingowej, której większość firm w ogóle nie robi.

Bo zobacz: kiedy ostatnio Twoja firma wysłała do swoich obecnych klientów newsletter, który nie był ofertą? Kiedy ostatnio zaprosiłeś ich na webinar, który nie kończył się sprzedażą? Kiedy ostatnio napisałeś tekst, który był skierowany nie do nowego leada, tylko do klienta, który jest z Tobą od trzech lat, i który w jakimś momencie zapyta sam siebie: „ciekawe, czy ci moi dotychczasowi dostawcy w ogóle pamiętają, że jesteśmy ich klientem?”

W marketingu zaplanowanym – tak nazywam swoją metodologię pracy – retencja klienta nie jest osobnym tematem. To jest jego część. I to często ważniejsza niż akwizycja, bo łatwiej jest nakłonić klienta, który Ci ufa od pięciu lat, do zakupu kolejnej usługi, niż przekonać kogoś nowego, żeby w ogóle podjął z Tobą rozmowę. O tym, co właściciel firmy musi w marketingu zatrzymać dla siebie, a czego nie powinien delegować w ogóle, pisałem szerzej w tekście „Rola właściciela firmy w marketingu – czego nie da się delegować”.

Adam mówi właśnie o tym, ale w nieco innym języku. Mówi, że pierwsze wdrożenie traktuje jak pilot. Że klient po nim wraca, bo zobaczył efekt. Że jego rozwiązania „żyją”, to znaczy są przez lata dostosowywane, optymalizowane i rozbudowywane razem ze zmieniającą się firmą klienta. To nie jest sprzedaż jednorazowa, to jest relacja, której punktem startu jest pierwszy projekt, a nie pierwsza faktura.

I tu wracamy do tej tezy, że autorytet w B2B buduje się latami. Bo w gruncie rzeczy autorytet, którym dziś dysponuje DocWay, i który skutkuje tym, że klienci sami wracają po kolejne procesy, jest w prostej linii efektem dziesięciu lat dotrzymywania słowa. Klient wdrożył pierwszy proces, zobaczył wynik, zobaczył też, że firma jest poukładana i kompetentna, i wtedy w pewnym momencie pomyślał sobie: „skoro tym się dobrze zajęli, to kto wie, może warto z nimi porozmawiać o czymś jeszcze”.

Tego się nie da skrócić. Tego się też nie da kupić jedną kampanią reklamową. Można to za to systematycznie budować przez lata, jeśli wiesz, co budujesz i po co.

Co z tego wynika dla Ciebie, jeśli prowadzisz firmę B2B

Z mojej perspektywy te dwie obserwacje: cofanie się od funkcji do problemu i traktowanie obecnych klientów jako fundamentu, a nie tła – dają się zamknąć w jednej tezie. 

W B2B wygrywa nie ten, kto głośniej krzyczy, tylko ten, kto rozmawia z klientem o jego problemie i potem nie znika.

Reszta to są wariacje tego samego motywu.

Jeśli prowadzisz firmę B2B i komunikujesz się dziś tak, jak komunikuje się większość rynku, czyli mówisz o sobie, o tym co robisz i jakie masz funkcje, to oczywiście możesz w ten sposób działać dalej. Tylko musisz mieć świadomość, że konkurujesz z firmami, które od dziesięciu lat rozmawiają z klientami o ich problemach i które nie wypuszczają klienta z ręki po pierwszej fakturze. A rynek to widzi. Kupujący w B2B nie są naiwni. Poznają kogoś, kto rozumie ich biznes, w pierwszych dwóch zdaniach rozmowy. I tak samo poznają kogoś, kto przyszedł sprzedać kolejny pakiet.

Dlatego jeśli miałbym Ci dziś coś polecić, to nie będzie to nowa kampania, ani wejście w nowy kanał. Nie będzie to też kolejny eksperyment z reklamą. Polecam dwie rzeczy.

Pierwsza: weź najbliższą rozmowę z potencjalnym klientem i zamiast od razu opowiadać mu o swojej ofercie, zadaj mu trzy pytania o jego konkretny problem. Nie o oczekiwania wobec usługi, tylko o to, co go uwiera w firmie, na co traci czas, czego się boi. Posłuchaj uważnie, jak o tym mówi. A potem wróć do swojej komunikacji i sprawdź, czy używasz tego samego języka, czy może mówisz po swojemu.

Druga: spójrz na listę swoich obecnych klientów i zapytaj się szczerze, kiedy ostatnio zrobiłeś dla nich coś, co nie było wystawieniem faktury. Jeśli nie pamiętasz, to to jest dobry moment, żeby zacząć. Bo Twoi obecni klienci są najtańszym i najlepszym źródłem przyszłej sprzedaży, jakie kiedykolwiek będziesz miał. Tylko w większości przypadków marketing tego źródła nie obsługuje, bo zajmuje się szukaniem nowych. Jeśli zastanawiasz się, jak zweryfikować, czy Twoja obecna agencja albo wewnętrzny dział marketingu w ogóle o tym myśli, kilka czerwonych flag opisałem w tekście „Jak wybrać agencję marketingową”.

Wracając do Adama

Dwa tytuły, z którymi DocWay wrócił z DocuWorld 2026 – Customer Service Champion i Diamond Club Member – są efektem tego, co Adam podsumował mi w jednym zdaniu: „to jest efekt konsekwentnego działania, sprzedaży i pracy z obecnymi klientami”. Nie jednej kampanii. Nie szczęśliwego zbiegu okoliczności w 2025 roku. Nie genialnego pomysłu marketingowego. Konsekwencji budowanej przez lata.

I to jest chyba rzecz, o której najczęściej zapominamy, kiedy zaczynamy mówić o marketingu B2B. Że to nie jest sprint, tylko bardzo długi spacer w konkretnym kierunku.

Cały wywiad z Adamem – o DocuWare, o AI w obiegu dokumentów, o KSeF i o tym, czego klienci oczekują od DocWay dzisiaj, a czego oczekiwali pięć lat temu – znajdziesz tutaj: Diamentowy partner DocuWare. Wywiad z Adamem Chodkowskim. Polecam, naprawdę warta przeczytania rozmowa. Sporo praktycznych obserwacji o tym, jak buduje się relację z klientem.

A jeśli Twoja firma B2B mierzy się dziś z którymś z tych dwóch tematów, albo komunikujesz funkcje zamiast problemów, albo cała Twoja energia marketingowa idzie w nowych klientów, a obecni dostają tylko fakturę, umów się ze mną na rozmowę. Sprawdzimy razem, co warto poukładać, zanim zaczniesz wydawać kolejne pieniądze na marketing.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Przeczytaj również

Autorytet w B2B buduje się latami. Czego o marketingu nauczyła mnie rozmowa z prezesem DocWay Dowiedz się więcej »

kobieta przy laptopie, era AI

Era AI już z nami jest. Dlaczego Twój marketing musi „kosztować”, żeby zarabiał?

kobieta przy laptopie, era AI

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Dlaczego to AI nie jest problemem i dlaczego sposób, w jaki jej używasz, już nim jest
  • Co decyduje o tym, że jedna treść buduje zaufanie i generuje zapytania, a inna tylko wypełnia przestrzeń
  • Czemu autentyczność to dziś mierzalna przewaga konkurencyjna
  • Jak korzystać z AI, żeby wzmacniała Twój głos — a nie zastępowała Cię w marketingu

Era AI niewątpliwie już nadeszła. Mimo to 69% Polaków nie ufa treściom online, bo mogą być wygenerowane przez AI — tak wynika z badania KPMG z 2025 roku. A firmy w tym samym czasie inwestują w narzędzia, które… produkują tych treści coraz więcej. To nie jest paradoks bez wyjścia. Ale wymaga jednej decyzji, której większość firm nie chce, albo nie wie, że powinni jej podjąć.

Narzędzie, które nie zastępuje decyzji

Mam do AI konkretne podejście, które wypracowałem w swojej codziennej praktyce. Traktuję je jak każde inne narzędzie i do pewnych elementów sztuczna inteligencja sprawdza się znajomicie. Przyspiesza wykonanie pracy, pomaga zebrać informacje, daje pierwszy rys tekstu, a kiedy ją odpowiednio spromptujesz — zadaje pytania, na które sam byś nie wpadł i wychwytuje luki informacyjne. To realna wartość, której nie ma sensu odrzucać.

Ale narzędzie nie zastępuje decyzji. Nie zastępuje wiedzy z „linii boju”. Nie zastępuje perspektywy, którą wypracowałeś przez lata spotkań z klientami. Nie wie, jakie pytanie padło ostatnio trzy razy z rzędu na Twoich rozmowach handlowych. Nie wie, który błąd powtarza się u nowych klientów zanim jeszcze zaczniesz z nimi pracować. Tego nie wygenerujesz. Możesz to tylko… zapisać.

I dlatego problem zaczyna się tam, gdzie firma oddaje AI głos, zanim sama zdecyduje, co chce powiedzieć. Treść wychodzi, jest poprawna. Może nawet ładnie wygląda. Tyle tylko, że nie jest autentyczna. I klient to czuje — nawet jeśli nie potrafi tego opisać słowami.

Widzę to regularnie w dwóch wariantach…

Pierwszy: AI generuje wszystko. Treści są regularne, spójne stylistycznie, zgodne z kalendarzem. Po sześciu miesiącach profil wygląda profesjonalnie. Nie ma w nim jednak żadnego śladu człowieka, który za tym stoi — żadnej obserwacji z praktyki, żadnej wątpliwości, żadnej sytuacji, która pokazuje, jak właściciel myśli o swojej pracy. Klient trafia na taką stronę i widzi: firma istnieje. Ale nie ma powodu, żeby jej zaufać bardziej niż innej firmie z podobnie wyglądającym profilem.

Drugi: „Nie używam AI, bo mi odbiera autentyczność.” Ta sama firma spędza trzy godziny na napisaniu jednego posta, który i tak brzmi jak każdy inny post w branży — tylko bez wsparcia narzędzia, które mogłoby tę pracę przyspieszyć. Wysiłek jest, efekt często podobny.

I w tym miejscu musi to wybrzmieć. Tej rzeki już nie zawrócimy. AI jest, będzie i będzie coraz lepsza. Pytanie nie brzmi więc czy używać. Bardziej zasadne jest pytanie o to, co wkładasz do tego narzędzia — i co z niego dla Ciebie wychodzi.

Dlaczego „tanie” treści nie budują zaufania

Prof. Aleksandra Przegalińska w Trendbooku Nowego Marketingu 2026 opisuje zjawisko, które od jakiegoś czasu również obserwuję od praktycznej strony: „Internet jest jeszcze dla ludzi wtedy, gdy obecność w nim coś kosztuje. Gdy widać, że po drugiej stronie ktoś poświęcił czas, uwagę i energię.”

Ale kosztuje co konkretnie?

Kliknięcie, komentarz, udostępnienie, obserwowanie — każdą z tych czynności może wygenerować algorytm. I coraz częściej to robi. Przegalińska mówi wprost: wskaźniki zaangażowania coraz rzadziej opisują realną uwagę czy wpływ. To dane o ruchu w systemie, a nie o sensownym kontakcie z odbiorcą. Mówiąc prościej — liczby mogą rosnąć, a wpływ maleć. Nie zobaczysz tego w Analyticsie. To widać w momencie, gdy próbujesz coś sprzedać.

A dane to potwierdzają. Z badania KPMG „Trust, attitudes and use of AI — Poland snapshot 2025″ wynika, że 69% Polaków nie jest pewnych, czy treściom online można ufać, bo mogą być generowane przez AI. Badania neuromarketingowe NIQ z 2024 roku pokazują od strony mózgowej: reklamy odbierane jako AI wywołują słabszą aktywację pamięci niż tradycyjne kreacje. Marka nie zostaje w głowie — nie zostaje więc w decyzjach zakupowych.

Kantar Media Reactions 2024 to doprecyzowuje: 41% konsumentów deklaruje, że reklamy generowane przez AI im przeszkadzają. Nie dlatego, że są złe technicznie. Dlatego, że brakuje im czegoś. Odbiorca to wyczuwa, nawet jeśli nie potrafi tego nazwać.

Zatrzymaj się. I przeczytaj powyższy akapit jeszcze raz. Twoi klienci czytają Twoje treści dokładnie w ten sam sposób. Z rosnącym dystansem wobec wszystkiego, co wygląda jak wynik pracy algorytmu i z coraz mniejszą cierpliwością dla treści, które są poprawne, ale nic ich nie kosztowały.

Autentyczność to nie sentyment, ale Twoja marża

Edelman Trust Barometer 2024 podaje liczby, które warto mieć przed oczami przy każdej decyzji marketingowej: 55% konsumentów jest gotowych kupować od marki, której w pełni ufa — nawet gdy jest droższa od konkurencji. 63% kupi jej nowe produkty. 53% aktywnie ją poleci.

Zaufanie to marża, lojalność, rekomendacje. Trzy rzeczy, których nie daje żadna kampania, jeśli za treścią nie stoi ktoś — tylko coś.

Joanna Rewaj w Trendbooku Nowego Marketingu 2026 stawia to bez owijania w bawełnę w tekście „AI zrobi Ci kampanię. I właśnie dlatego Twoja marka może zniknąć.” Nie dlatego, że kampania będzie zła. Ale dlatego, że będzie wyglądała dokładnie tak samo jak kampania kogoś innego, kto ma ten sam cel, podobną branżę i tę samą subskrypcję.

Kiedy wszyscy dają zbliżony prompt do tej samej platformy — dostają zbliżoną treść. Różnica między Twoją marką a marką konkurenta przestaje być widoczna.

Różnicowanie marki nie zaczyna się od kolorów ani od tonu komunikacji. Zaczyna się od tego, co masz do powiedzenia — i czy masz odwagę powiedzieć to pod własnym nazwiskiem.

Gdzie w erze AI kończy się narzędzie, a zaczyna Twój głos

Przegalińska nazywa to, czego szuka odbiorca, „widocznym tarciem poznawczym”. Miejsca, w których ktoś się waha, dopowiada, przyznaje, że czegoś nie wie, zmienia zdanie w połowie wywodu. „Takie momenty są trudne do skalowania i słabo się automatyzują — dlatego stają się cennym markerem obecności człowieka.”

Tarcie poznawcze to nie wada, lecz sygnał, że po drugiej stronie jest ktoś, kto naprawdę myśli — i kto przyjął na siebie ryzyko, że przemyśli coś niepopularnie albo niezgodnie z tym, co mówi reszta branży.

Jak to wygląda w praktyce?

Wyobraź sobie dwie firmy księgowe z tego samego miasta mające podobny zakres usług i zbliżone ceny. Jedna generuje trzy posty tygodniowo — poprawne, bez zarzutu, z jednolitą szatą graficzną. Druga publikuje rzadziej, ale właściciel pisze o tym, co widzi u klientów w tym kwartale. Jaki błąd powtarza się przy rozliczeniu końcowym roku. Dlaczego jedno konkretne pytanie powtarza się na każdym spotkaniu. Co zmieniło się w przepisach i co to oznacza dla firmy, która nie wie, że to jej dotyczy.

Której byś zaufał. Tej „sterylnej” czy tej, u której zobaczysz że to co jest napisane wychodzi ze zrozumienia klienta i jego problemów? Jak zawsze, różnica nie leży w narzędziu, ale w tym, kto ma coś do powiedzenia — i czy ma odwagę to powiedzieć.

W tym jednym aspekcie mała firma ma przewagę, której żadna duża marka nie jest w stanie kupić ani wygenerować: właściciela, który zna swoich klientów z imienia, widział ich problemy z pierwszego rzędu i przez lata zebrał wiedzę praktyczną, której nie znajdziesz w żadnym raporcie. Ta wiedza jest Twoim kapitałem marketingowym. Jedynym, którego nikt inny nie skopiuje.

A AI może pomóc Ci ją zapisać szybciej, wyraźniej, w lepszej strukturze. Ale żadne narzędzie nie wygeneruje za Ciebie tego, co wiesz.

Co to oznacza dla Twojego marketingu

Marketing zaplanowany zaczyna się od pytania, które zadaję na każdym pierwszym spotkaniu: co wiesz o swoich klientach, czego nie wie Twoja konkurencja?

Nie pytam o branżę. Pytam o konkretną wiedzę z praktyki — o to, co widziałeś na spotkaniach w tym miesiącu, o pytanie, które wraca regularnie, o problem, który rozwiązałeś inaczej niż wszyscy inni w Twojej branży. O to, co masz odwagę powiedzieć wprost, bo jesteś pewien, że to prawda. Dopiero po odpowiedzi na to pytanie ma sens rozmawiać o narzędziach, kanałach, harmonogramach i budżetach.

Bo firma, która zaczyna od narzędzi bez odpowiedzi na to pytanie, produkuje szum. Może spory, może regularny, może ładnie wyglądający. Ale jednak szum, który klienci wyczują — nawet jeśli nie mówią tego wprost.

Firma, która zna odpowiedź i używa AI, żeby ją powiedzieć szybciej i wyraźniej — produkuje sygnał. Sygnał, który zostaje w głowie i któremu ludzie ufają. I za który, jak pokazuje Edelman, są gotowi zapłacić więcej niż za tę samą usługę od kogoś, komu nie ufają.

Nie bój się AI. Nie obrażaj się na nią. Naucz się jej używać ze świadomością, co robi, a czego nie zrobi za Ciebie.

Chcesz sprawdzić, czy Twój marketing mówi Twoim głosem — czy tylko wypełnia przestrzeń?

Umów się na konsultację Spojrzymy razem na to, co publikujesz i co z tego faktycznie pracuje na Twoją firmę.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Najczęściej zadawane pytania

Same w sobie nie muszą. Problemem jest niska jakość i brak unikalnej perspektywy: powielanie podobnych fraz, „bezpieczne” uogólnienia, brak doświadczeń z praktyki i brak wartości dodanej. Dobre SEO wynika z tego, czy treść realnie pomaga użytkownikowi (odpowiada na pytanie, porządkuje temat, ma przykłady), a nie z tego, jakim narzędziem została napisana.

Google nie ocenia „AI vs człowiek” jako jedynego kryterium. Liczy się jakość, użyteczność i wiarygodność. Jeśli treść jest powierzchowna, nie wnosi nic nowego albo wygląda jak masowa produkcja, będzie przegrywać z materiałami, które mają konkret, dowody i wyraźny punkt widzenia.

Używaj AI do struktury, redakcji i researchu, ale nie oddawaj mu głosu. Najpierw zapisz swoje tezy, wnioski i przykłady (z rozmów z klientami, z projektów, z danych), a dopiero potem proś AI o: skrócenie, uporządkowanie, dopracowanie nagłówków, warianty leadu, listę kontrargumentów i pytania, które warto doprecyzować.

Najsilniej działają: case studies, liczby i kontekst (co, dla kogo, w jakich warunkach), proces „krok po kroku”, porównania opcji (plusy/minusy), realne ryzyka i ograniczenia, a także język pokazujący doświadczenie, a nie deklaracje.

Sygnały to m.in.: rosnące zasięgi bez wzrostu zapytań, niskiej jakości leady, brak odpowiedzi na newsletter, komentarze typu „fajnie” bez konkretu, mało zapisów/udostępnień „od ludzi” oraz feedback od sprzedaży, że klienci „nie rozumieją różnicy” między Tobą a konkurencją.

Przeczytaj również

Era AI już z nami jest. Dlaczego Twój marketing musi „kosztować”, żeby zarabiał? Dowiedz się więcej »

biuro, właściciel firmy, generowanie leadów

Jak przygotować firmę na generowanie leadów, zanim wydasz pierwszą złotówkę

biuro, właściciel firmy, generowanie leadów

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Dlaczego ponad połowa polskich firm traci leady, zanim w ogóle spróbuje je obsłużyć
  • Co widzi potencjalny klient w ciągu 30 sekund na Twojej stronie
  • Kto w firmie odpowiada za kontakt z leadem, kiedy go obrabia i co mówi przy pierwszej rozmowie
  • Jak wygląda kwalifikacja leada i dlaczego wysyłanie oferty każdemu, kto do Ciebie napisze, zjada czas, który mógłbyś poświęcić na właściwych klientów
  • Co zrobić po rozmowie, żeby lead nie zniknął gdzieś między „obiecujący kontakt” a „nie oddzwonił”

Generowanie leadów. Temat, który wraca w każdej rozmowie o marketingu. Kampanie Google Ads, reklamy na Facebooku, pozycjonowanie, content – wszystko kręci się wokół tego, jak przyciągnąć potencjalnych klientów. Ale jest coś, o czym rzadko się mówi…

Co się dzieje, gdy ten lead faktycznie się pojawi?

Badanie CallPage z 2019 roku, przeprowadzone na 2275 polskich firmach z 12 branż, pokazało że ponad 50% zapytań ofertowych pozostaje bez odpowiedzi. Według tego badania na przykład w nieruchomościach ignorowanych jest 60% maili. I choć to badanie ma już kilka lat, branżowe zestawienia z 2024 roku wciąż traktują te liczby jako aktualny punkt odniesienia dla polskiego rynku.

Pracuję z właścicielami małych i średnich firm. Układamy strategie, planujemy działania, rozmawiamy o budżetach. I widzę powtarzający się schemat – przedsiębiorca przychodzi z pytaniem „jak generować więcej leadów?”, a gdy zaczynamy drążyć, okazuje się że problem leży gdzie indziej. Formularz kontaktowy wpada na skrzynkę, którą ktoś sprawdza raz dziennie. Telefon dzwoni, ale właściciel jest u klienta i nie zawsze pamięta, żeby oddzwonić. Mail ginie między fakturami. Lead czeka. Albo nie czeka – dzwoni w tym czasie do konkurencji.

A na koniec kto jest winny? Oczywiście marketing…

Dlatego zanim zadzwonisz do agencji zapamiętaj jedno.

Generowanie leadów bez przygotowania firmy na ich obsługę to przepalanie budżetu. Zanim wydasz pierwszą złotówkę na kampanię, sprawdź, czy jesteś gotowy na to, co się stanie, gdy ktoś faktycznie kliknie.

30 sekund na Twojej stronie

Użytkownik Kliknął w reklamę. Jest na stronie. Co widzi?

→ „Kompleksowe rozwiązania dla Twojego biznesu → „Indywidualne podejście do każdego klienta → „Najwyższa jakość usług

Tak wygląda większość stron firmowych. Słowa, które nic nie znaczą. Komunikaty, które pasują do zarówno do hydraulika, jak i do software house-u.

Człowiek, który kliknął w reklamę, prawdopodobnie kliknął też w trzy inne. Ma otwarte cztery karty w przeglądarce. Skanuje wzrokiem. Szuka odpowiedzi, sprawdza czy to jest to, czego szuka? Czym ta firma różni się od pozostałych? Co ma zrobić, żeby pójść dalej?

Jeśli w ciągu 30 sekund nie znajdzie odpowiedzi – zamyka kartę i więcej do niej nie wraca.

A jak to jest u Ciebie? Zrób prosty test: wejdź na swoją stronę, włącz stoper. Czy w pół minuty dowiesz się z niej, co sprzedajesz i komu? Albo żeby było bardziej wiarygodnie poproś o to kogoś znajomego, kto nie zna dobrze Twojej firmy. Niech wejdzie na Twoją stronę i w 30 sekund sprawdzi czego dowie się o Tobie i Twojej ofercie…

Albo zobacz te zdania:

Pomagamy firmom rosnąć → Zwiększamy liczbę zapytań ofertowych dla firm usługowych B2B

Profesjonalna obsługa → Odpowiadamy na każde zapytanie w ciągu godziny

Szeroka oferta → Szkolenia dla zespołów sprzedaży 5-15 osób

Widzisz różnicę? Po strzałce masz Konkret. To on zatrzymuje uwagę. 


Kto odbiera telefon?

Lead wypełnił formularz. Albo zadzwonił. Albo napisał maila. W dużej firmie trafia do działu sprzedaży. A tam jest CRM, są procedury, ktoś to ogarnia. A w małej?

Właściciel sam prowadzi sprzedaż, bo „nikt nie zrobi tego lepiej”. Jednocześnie obsługuje bieżące projekty, wystawia faktury, zarządza zespołem, jeździ na spotkania. Nowe zapytania? Ogarnia jak ma czas.

Albo inna sytuacja Formularz wpada na skrzynkę firmową. Tę samą, na którą przychodzą faktury, newslettery i spam. Ktoś ją przegląda raz dziennie, czasem rzadziej.

Telefon dzwoni, ale właściciel jest na spotkaniu – oddzwoni później – jeżeli nie zapomni, bo nie zawsze oddzwania na obce numery. A jeśli mail z zapytaniem przychodzi w piątek po południu – odpowiedź wychodzi w poniedziałek. Albo we wtorek. Albo w ogóle nie wychodzi…

To nigdy nie jest zły wola, ale prawie zawsze brak procesu.

Zanim uruchomisz kampanię, warto ustalić: kto konkretnie (imię i nazwisko) odpowiada za nowe zapytania? Jak się o nich dowiaduje – alert na telefon czy mail do przejrzenia wieczorem? Ile ma czasu na obsługę zapytania? I co się dzieje, gdy ta osoba jest chora, na urlopie, u klienta?

Nawet jeśli na początku właściciel firmy wpisuje w te pola wszędzie swoje nazwisko, to nie szkodzi. Firma jest gotowa do tego, żeby rosnąć, bo proces obsługi zapytania jest ustalony i zawsze taki sam, niezależnie od tego, kto się nim finalnie zajmuje.


Pięć minut, które zmieniają wszystko

Badania MIT i InsideSales, do dziś cytowane w branżowych zestawieniach speed-to-lead, pokazują że kontakt w ciągu 5 minut od zapytania daje 21-krotnie większą szansę na zakwalifikowanie leada niż kontakt po 30 minutach. Harvard Business Review przeanalizował 2,24 miliona zapytań. Firmy, które odpowiadały w ciągu godziny, miały 7 razy większą szansę na kwalifikację niż te, które czekały dłużej. Odpowiedź po 24 godzinach? 60 razy mniejsza szansa niż reakcja w pierwszej godzinie.

A polska rzeczywistość?

Według badania CallPage średni czas odpowiedzi w firmach usługowych to 2-3 godziny. W nieruchomościach – często ponad 5 godzin. I to tylko spośród firm, które w ogóle odpowiadają – bo połowa nie odpowiada wcale.

Dlaczego czas ma takie znaczenie? Klient, który szuka rozwiązania, szuka go teraz. Wysłał zapytanie do Ciebie i do konkurencji. Kto zadzwoni pierwszy, ten prowadzi rozmowę. Nie dlatego, że jest lepszy, ale dlatego, że w ogóle jest.

Co z tego wynika dla firmy?

Warto określić maksymalny czas reakcji – konkretny, a nie brzmiący „jak najszybciej”. Ustawić powiadomienia tak, żeby zapytanie nie czekało do wieczornego przeglądu skrzynki. I co jakiś czas sprawdzać, ile czasu realnie mija od momentu, gdy lead wpada, do pierwszego kontaktu z klientem.


Pierwsza rozmowa

Lead przyszedł Ty szybko się z nim skontaktowałeś. Jak dotąd idzie ci świetnie. Ale ta rozmowa może pójść w różne strony.

Jedna wersja: Dzień dobry, dzwonię w sprawie zapytania, mamy bardzo dobrą ofertę, mogę wysłać cennik, mamy teraz promocję, kiedy możemy się spotkać? Klient jeszcze nie wie, czy chce rozmawiać, a już jest zasypywany.

Inna wersja: Jaki budżet? Na kiedy? Ile osób w firmie? Jaki obrót roczny? Seria pytań bez kontekstu. To jest przesłuchanie, nie rozmowa.

A można inaczej.

Dzień dobry, widzę że wypełnił Pan formularz dotyczący [temat]. Chciałem dopytać – czego konkretnie Pan szuka?

I słuchać.

Pierwszy kontakt służy jednemu: ustalić, czy jest o czym dalej rozmawiać.

Na prezentację oferty, a tym bardziej zamknięcie sprzedaży czas przyjdzie później. Pierwsza rozmowa ma służyć zrozumieniu, czy ten człowiek ma problem, na który mam rozwiązanie.


Nie każdy lead, to dobry lead

I tak przechodzimy do kolejnego punktu naszego rozważania. Ktoś wypełnił formularz, bo szukał darmowego poradnika. Ktoś pomylił firmy. Ktoś ma budżet pięć razy mniejszy niż minimalna wartość projektu. Ktoś „się rozgląda”, ale nie planuje niczego kupować przez najbliższy rok. Ktoś potrzebuje kontroferty dla swojego szefa, ale wybrał już inne rozwiązanie.

Wysyłanie każdemu z nich szczegółowej oferty, umawianie spotkań, przygotowywanie wycen – to godziny, które można by poświęcić na klientów faktycznie zainteresowanych naszą usługą.

Kwalifikacja leada to kilka pytań, które pozwalają zaoszczędzić masę czasu i pieniędzy oraz pomagają ocenić, czy warto iść dalej.

Jaki problem próbujesz rozwiązać? – bo może to z czym przychodzi klient to ogóle nie jest coś, w czym pomagasz.

Co do tej pory robiłeś w tym temacie? – czasem klient próbował już trzech rozwiązań i szuka kolejnego. Czasem nie robił nic i oczekuje magii. To zmienia perspektywę.

Na kiedy potrzebujesz efektów? – Jeśli ktoś potrzebuje „na wczoraj”, a projekt realnie wymaga trzech miesięcy – lepiej powiedzieć to od razu.

Kto podejmuje decyzję? – Rozmawiam z właścicielem czy z kimś, kto „rozpoznaje temat i przekaże go dalej”?

O budżecie też warto porozmawiać – nie żeby oceniać, ale żeby sprawdzić czy usługa w ogóle mieści się w oczekiwaniach klienta.

Po rozmowie kwalifikacyjnej mam odpowiedzieć sobie na pytanie: czy ten lead pasuje do mojej oferty? Jeśli nie – lepiej podziękować i nie ciągnąć tematu. Z szacunku do czasu i klienta, i swojego.


Co po rozmowie?

Lead jest zakwalifikowany. Co dalej?

rozmowa → notatka → następny krok → follow-up

Powyższy schemat wygląda banalnie prosto, ale według danych branżowych 48% sprzedawców nigdy nie wykonuje follow-upu. Czekają aż klient sam się namyśli i do nich wróci. 

Do tego żeby dobrze przeprowadzić ten etap potrzebne Ci są:

Notatka – co klient powiedział? Jaki ma problem? Czego oczekuje? Kiedy chce decydować? Nie ma to być esej, ale dosłownie 5-6 zdań. W CRM-ie, w arkuszu, gdziekolwiek jest Ci wygodnie i wiesz, że do tego wrócisz – byle to nie zostało tylko w Twojej głowie.

Następny krok – „odezwę się” to nie jest następny krok. „Wyślę ofertę do środy do 12:00” – to nim jest. Ma to być coś konkretnego, z terminem.

Follow-up – wysłałeś ofertę, minęły trzy dni, cisza. Co robisz. Czekasz? Nie. Dzwonisz. „Czy miał Pan okazję przejrzeć?” – to nie jest nachalność. tylko normalny element procesu sprzedaży.

Lead, który nie dostanie follow-upu, często po prostu o nas zapomina. Nie dlatego, że mu nie zależy, tylko dlatego, że ma swoje sprawy, a Twoja oferta leży gdzieś w skrzynce między dwudziestoma innymi mailami.


Dlatego zanim włączysz kampanię

Zapisz sobie ten artykuł i sprawdzaj regularnie czy Twoja firma jest gotowa na obsługę leadów

Poniżej wersja skrócona – punkty na które zwróć uwagę:

  • Strona – czy w 30 sekund wiadomo, co robię i dla kogo?
  • Osoba odpowiedzialna – kto konkretnie łapie nowe zapytania? Jak się o nich dowiaduje?
  • Czas reakcji – ile realnie mija od zapytania do kontaktu? Czy to jest mierzone?
  • Pierwsza rozmowa – czy wiem, o co pytać? Czy mam schemat kwalifikacji?
  • Po rozmowie – gdzie zapisuję notatki? Jak ustalam następny krok? Kiedy robię follow-up?
  • Pomiar – czy wiem, ile leadów wpływa i ile z nich zamienia się w rozmowy, a ile w klientów?

Jeśli są tu puste miejsca – warto je uzupełnić przed wydaniem budżetu na generowanie leadów.


Generowanie leadów nie zaczyna się od kampanii

Zaczyna się od przygotowania firmy na to, co kampania wygeneruje. Marketing przyprowadza ludzi pod drzwi. Ale ktoś musi je otworzyć, zaprosić do środka, poprowadzić rozmowę. Bez tego – płacisz za kliknięcia, które nie zamieniają się w sprzedaż.

Jeśli nie masz pewności, czy firma jest gotowa – mogę na to spojrzeć z boku. Pomagam właścicielom małych firm układać takie procesy, zanim zaczną wydawać pieniądze na kampanie. Czasem okazuje się, że zmiana jednego elementu – strona, czas reakcji, follow-up – zmienia skuteczność działań, które już robią.

Umów się na krótką rozmowę. Sprawdzimy, na jakim etapie jesteś.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Najczęściej zadawane pytania

Im szybciej, tym lepiej. Jeśli to nierealne, ustal i egzekwuj konkretny standard (np. do 60 minut w godzinach pracy) oraz włącz powiadomienia, żeby lead nie „leżał” w skrzynce.

Zrób test 30 sekund: czy da się szybko zrozumieć co sprzedajesz, komu i jaki użytkownik powinien wykonać następny krok (kontakt/umówienie rozmowy)? Jeśli komunikaty są ogólne i „dla każdego”, popraw ofertę, konkret i CTA zanim zainwestujesz budżet w reklamę.

Konkretnie wskazana osoba (zastępstwo też). Nawet jeśli na początku jest to właściciel, kluczowe jest ustalenie procesu: skąd przychodzi powiadomienie, kiedy się kontaktujesz z leadem, gdzie zapisujesz notatkę i co robisz dalej.

Na start wystarczy prosty system: wspólna skrzynka lub CRM/arkusz, miejsce na notatkę i statusy (np. nowy → kontakt → kwalifikacja → oferta → follow-up). Ważniejsze od narzędzia jest to, żeby proces był stały i mierzony.

To szybkie sprawdzenie, czy lead pasuje do Twojej oferty. Chroni czas: nie przygotowujesz ofert dla osób bez potrzeby, budżetu lub decyzyjności, a energię kierujesz tam, gdzie jest szansa na sprzedaż.

Śledź: liczbę leadów, czas reakcji, odsetek kontaktu (ile leadów faktycznie odebrało/odpisało), odsetek kwalifikacji, liczbę ofert, wygrane i średnią wartość klienta. Bez tego łatwo „zwalić winę na marketing”, gdy problem jest na przykład w procesie sprzedaży.

Jeśli nie masz pewności, czy firma jest gotowa – mogę na to spojrzeć z boku. Pomagam właścicielom małych firm układać takie procesy, zanim zaczną wydawać pieniądze na kampanie. Czasem okazuje się, że zmiana jednego elementu, strona, czas reakcji, follow-up, zmienia skuteczność działań, które już robią.

Umów się na krótką rozmowę. Sprawdzimy, na jakim etapie jesteś

Przeczytaj również

Jak przygotować firmę na generowanie leadów, zanim wydasz pierwszą złotówkę Dowiedz się więcej »

kierunek w marketingu, latarnia morska, rola właściciela firmy w marketingu

Rola właściciela firmy w marketingu – czego nie da się delegować

kierunek w marketingu, latarnia morska, rola właściciela firmy w marketingu

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Dlaczego marketing jest jedną z najczęściej outsourcowanych funkcji w polskich firmach — i jednocześnie jedną z tych, które najczęściej „nie działają”
  • Czym różni się delegowanie od abdykacji i gdzie przebiega granica między nimi
  • Kiedy i dlaczego firmy sięgają po zewnętrzne wsparcie oraz co z tego wynika
  • Czego żaden zewnętrzny partner nie wykona za właściciela — i jak wygląda właściwy podział odpowiedzialności

Marketing jest jedną z najczęściej outsourcowanych funkcji w polskich firmach. Z raportu Grant Thornton wynika, że obok IT to właśnie marketing najczęściej trafia do zewnętrznych dostawców. Kampanie performance, social media, content, działania digital — to wszystko od lat obsługują agencje. Jednocześnie „marketing nie działa” to jedno z najczęściej powtarzanych zdań w rozmowach z właścicielami firm… Nie ma w tym przypadku, to jest symptom czegoś głębszego. Sprawdźmy więc jaka jest rola właściciela firmy w marketingu.

Co się zleca, a czego się nie zleca

Internet odpowiada dziś za ponad połowę całego rynku reklamowego w Polsce — ponad 53% według danych IAB Polska z 2024 roku. Kampanie display, wideo online, SEM, e-mail marketing — każdy z tych kanałów ma swoją agencję, swojego specjalistę, swojego dostawcę.

Jak pokazuje badanie Opinium Research cytowane przez NowyMarketing, Polskie MŚP przeznaczają na digital około 20% budżetu marketingowego. To jeden z najniższych wyników w Europie.

Ale nie o kwotach dziś rozmawiamy. Chodzi o to, co właściciele firm faktycznie oddają agencjom. W zdecydowanej większości przypadków są to narzędzia — konkretny kanał, konkretny format, konkretne działanie. Facebook Ads. Prowadzenie Instagrama. Kampania w Google.

A czego nie oddają? Kierunku. Tego, co te narzędzia mają osiągnąć. A różnica między delegowaniem a abdykacją nie leży w tym, ile się płaci agencji ani ile działań się jej powierza. Ona polega na tym, czy właściciel firmy pozostaje myślącą głową procesu — czy tylko jego finansującym obserwatorem.

Poznaj moment, w którym firmy szukają pomocy

Dane PARP pokazują wyraźny wzorzec w strukturze polskiego sektora MŚP. W mikro firmach marketing niemal zawsze jest w rękach właściciela — bo nie ma ani budżetu, ani nikogo innego, kto by się tym mógł zająć. Pierwsze zewnętrzne wsparcie pojawia się zwykle wraz z przekroczeniem progu małego przedsiębiorstwa, gdy firma generuje kilkaset tysięcy złotych rocznie i właściciel zaczyna tracić kontrolę nad swoim czasem.

Tylko, że ten moment rzadko kiedy jest zaplanowany. Taka decyzja jest wynikiem reakcji na to, jak radzi sobie biznes. Czyli najczęściej tak:

Spada sprzedaż → właściciel szuka przyczyny → dochodzi do wniosku, że firma jest „mało widoczna” → dzwoni do agencji → agencja pyta o cel → słyszy w słuchawce „więcej klientów”

I tu zaczyna się problem, bo „więcej klientów” to nie jest cel. To życzenie, które dopiero trzeba ubrać w jakiś konkret.

Pisałem o tym przy okazji artykułu Dlaczego marketing nie działa, gdy akurat go potrzebujesz? Firmy uruchamiają działania gdy jest źle, wyłączają je, gdy jest dobrze.

A jak agencja dostaje zlecenie bez kontekstu, realizuje je bez strategii oraz raportuje bez odniesienia do celów biznesowych – bo nikt jej tych celów nie przekazał – to to nie ma prawa zadziałać.

Dlaczego współprace z agencjami się nie udają

W opisach nieudanych współprac z agencjami powtarzają się te same wątki. Analizy StrategicMind i Strategiczni.pl wskazują na sześć kategorii:

  • brak spójnej strategii
  • skupienie na narzędziach zamiast na celu
  • słaba komunikacja
  • brak zrozumienia specyfiki branży klienta
  • brak odpowiedzialności za wynik
  • rotacja ludzi po stronie agencji.

Pięć z sześciu powyższych punktów to problemy, które właściciel firmy może rozwiązać zanim jeszcze podpisze umowę z agencją.

Specjaliści od marketingu skupiają się na narzędziach, bo nikt im nie powiedział po co mają to robić. I druga sprawa, nie można egzekwować odpowiedzialności za wynik, jeśli nikt nie zdefiniował co ten wynik oznacza. Komunikacja się urywa, bo nie ustalono kto, co, kiedy raportuje i komu.

Tylko kto powinien to zdefiniować?

Nie agencja. Ona może podzielić się swoją wiedzą i oczywiście przy tym pomóc, zadawać właściwe pytania, strukturyzować proces. Ale punkt wyjścia do rozmowy musi pochodzić od właściciela — bo tylko on zna koszty, marżę, cykl sprzedaży i to, który typ klienta jest dla firmy najbardziej wartościowy.

Marketing to nie księgowość. Jaka powinna być rola właściciela firmy w marketingu?

Najprostsza odpowiedź to czas. A właściwie to jego brak. Właściciel małej firmy obsługuje klientów, zarządza zespołem, wystawia faktury, gasi pożary. Marketing ląduje na końcu listy, więc oddanie go agencji to racjonalna decyzja człowieka, który chce zdjąć ze swojej głowy zadania, a nie dokładać sobie kolejnych.

Ale, czy tylko o czas tutaj chodzi? Bo weźmy taką na przykład księgowość, którą można oddać w całości. Wynik jej pracy zawsze jest obiektywny. Bilans albo się zgadza, albo nie. Podatek albo jest zapłacony, albo nie. Nie ma tu miejsca na interpretację, na wizję, na pytanie „ale po co?”. Rozmowa o finansach na poziomie strategicznym to najczęściej jedno spotkanie w roku, gdy trzeba wybrać formę opodatkowania. Potem reszta dzieje się w tle.

Marketing jest inny. Marketing zadaje pytania, na które właściciel firmy musi znać odpowiedź — i które czasami bywają niewygodne.

  • Do kogo chcesz dotrzeć?
  • Jaka jest Twoja przewaga nad konkurencją?
  • Co sprawia, że klient wybiera właśnie Ciebie?
  • Gdzie chcesz być za trzy lata?

To nie są pytania techniczne. To są pytania o tożsamość biznesu. I część właścicieli — świadomie lub nie — woli ich nie słyszeć. Bo dopóki nikt nie pyta, można działać z dnia na dzień. Delegowanie marketingu staje się wtedy nie tyle oszczędzaniem czasu, co odraczaniem rozmowy z samym sobą.

Sesja strategiczna i zabranie się za marketing na poważnie może odsłonić prawdziwą kondycję firmy. Bo zobacz, jeśli kampania nie przynosi efektów, można winić za to agencję. Ale jeśli kampania przynosi efekty, a sprzedaż i tak nie rośnie — pytanie przesuwa się wyżej. Może oferta nie jest wystarczająco dobra. Może cena jest źle ustawiona. Może firma obsługuje nieodpowiednich klientów od lat i nikt jeszcze tego głośno nie powiedział…

Abdykacja z marketingu bywa więc nie lenistwem, ale rodzajem ochrony. Przed wiedzą, która może okazać się bardzo niewygodna dla przedsiębiorcy.

Czego więc nie da się oddać

Marketing nie jest jak księgowość. Coś, co można zlecić i nie myśleć o tym przez kolejny rok. Marketing wymaga czegoś innego — właściciel firmy musi pozostać jego myślącym centrum, nawet jeśli całe wykonanie jest na zewnątrz.

Cel biznesowy musi wyjść od właściciela. Ale nie ogólny pod tytułem „zwiększyć rozpoznawalność” — tylko konkretna liczba, konkretna grupa, konkretny czas. To wymaga wiedzy o firmie od środka, której żaden zewnętrzny partner nie ma.

Decyzja o priorytetach też. Budować rozpoznawalność czy od razu generować zapytania? Wchodzić na nowy rynek czy pogłębiać relacje z obecnymi klientami? To wszystko są decyzje biznesowe, a nie marketingowe — i można do nich dochodzić korzystając z pomocy strategów, ale pod decyzją na koniec dnia podpisuje się przedsiębiorca, a nie jego strateg.

I na koniec ocena czy to działa — nie w sensie technicznym, ale biznesowym. Agencja przynosi raporty, ale żeby z nich wyciągnąć właściwe wnioski, ktoś musi wiedzieć dokąd firma zmierza i czy te działania nas tam zbliżają.

Nie oznacza to, że właściciel musi być w tym sam. Po to istnieją partnerzy strategiczni — żeby pokazać kierunek, zadawać właściwe pytania, zbudować plan i przełożyć cele biznesowe na konkretne działania.

Ale jest jeden warunek.

Właściciel firmy musi w tym procesie uczestniczyć i strategię poczuć jako swoją, a nie podpisać, odłożyć dokument na półkę i o nim zapomnieć. Bo jeśli jej nie rozumie — nie będzie umiał jej bronić wewnątrz firmy, nie będzie wiedział kiedy zmieniać kurs i nie będzie w stanie ocenić czy jego pracownik lub agencja robi dobrą robotę.

Strategia marketingowa, której właściciel nie rozumie, jest dokumentem. Nie narzędziem.

Jest w tym coś szerszego niż marketing.

Firma jest przedłużeniem właściciela — jego decyzji, wartości, wizji dokąd to wszystko zmierza. Im bardziej firma rośnie, tym więcej można i trzeba delegować. Operacje, administrację, obsługę, finanse. Ale nigdy nie można oddać myślenia o tym, po co firma istnieje i kogo chce obsługiwać.

Marketing jest tylko miejscem, gdzie ta zasada wychodzi na powierzchnię najszybciej i najboleśniej.

Bo kampania bez kierunku to najszybszy sposób, żeby zobaczyć wyniki — i nie wiedzieć co z nimi zrobić. A marketing, który nie wynika z przemyślanej odpowiedzi na pytanie „po co i dla kogo” — to nie marketing. To wydawanie pieniędzy w ładnym opakowaniu.

Pytanie, które więc warto sobie zadać nie brzmi: „czy mam dobrą agencję”.

Ono powinno brzmieć „czy wiem dokąd zmierza moja firma — i czy ktokolwiek, komu zlecam marketing, też to wie?”

Chcesz sprawdzić, czy Twój marketing ma jasno określony kierunek zanim wydasz kolejną złotówkę?

Umów bezpłatną rozmowę o Twojej firmie — bez sprzedaży, bez zobowiązań. Sprawdzimy co faktycznie warto delegować, a co musi zostać po Twojej stronie.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Najczęściej zadawane pytania

Tak, możesz zlecić marketing agencji w całości w modelu „zewnętrznego działu marketingu”. Warunek jest jeden: po stronie firmy musi pozostać odpowiedzialność biznesowa (oferta, marża, obsługa sprzedaży i decyzje strategiczne firmy). Agencja może wziąć na siebie kierunek marketingowy (strategię, plan i egzekucję), ale nie może „zastąpić właściciela” w decyzjach o samym biznesie.

Delegowanie to oddanie wykonania przy zachowaniu steru (cele, brief, feedback, decyzje). Abdykacja to oddanie steru i oczekiwanie, że agencja „wymyśli biznes” — bez dostępu do marży, cyklu sprzedaży i realnych ograniczeń firmy.

Minimum to: cel biznesowy (konkret, liczba, horyzont), priorytety (rozpoznawalność vs leady), opis idealnego klienta, oferta i argumenty, budżet oraz zasady komunikacji (kto raportuje, jak często, jak mierzymy efekty).

Takie, które da się policzyć i osadzić w czasie, np. liczba zapytań miesięcznie, koszt pozyskania leada, udział sprzedaży z kanału, wzrost liczby leadów z określonego segmentu, liczba rozmów sprzedażowych z kampanii.

Najczęściej dlatego, że brakuje strategii i kontekstu biznesowego, cele są ogólne („więcej klientów”), nie ma ustalonych zasad raportowania, a odpowiedzialność za wynik jest nieokreślona. Wtedy działania stają się listą zadań, a nie systemem dowożącym cel.

Może współodpowiadać za wynik w zakresie, który ma wpływ (np. jakość leadów, koszt pozyskania, wolumen zapytań), ale sprzedaż zależy też od oferty, handlowców, obsługi i marży, czyli od elementów, których agencja nie kontroluje. Dlatego najważniejsze jest jasne zdefiniowanie „wyniku” i granic odpowiedzialności.

Przeczytaj również

Rola właściciela firmy w marketingu – czego nie da się delegować Dowiedz się więcej »

e-mail marketing dla firm

Jak zmienił się e-mail marketing dla firm od kiedy jest AI?

e-mail marketing dla firm

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Dlaczego e-mail marketing w 2026 roku ma lepsze wyniki niż pięć lat temu
  • skąd bierze się przekonanie, że „newslettery już nie działają”
  • Jakie konkretne liczby osiągają polskie MŚP i jak wypadamy na tle Europy
  • W których miejscach AI faktycznie podnosi wyniki newslettera, a gdzie generuje problemy
  • Jak sprawdzić, czy Twój newsletter potrzebuje AI, czy najpierw potrzebuje procesu

Mój newsletter od połowy 2025 roku wychodzi regularnie co tydzień. AI pomaga mi utrzymać rytm publikacji — dopasowuje język, podrzuca struktury, przyspiesza drafty. Odpowiednia rutyna sprawia, że wyniki są powyżej rynkowych benchmarków. Wskaźnik otwarć: 42,3%. Wskaźnik kliknięć: 5,9%. Dla porównania średnia w Polsce to 36% otwarć i 1,46% kliknięć (MailerLite, raport benchmarks 2025, baza 3,6 mln kampanii).

Mam takie wyniki nie dlatego, że używam AI, ale dlatego, że zanim włączyłem jakiekolwiek narzędzie, wiedziałem do kogo piszę, dlaczego piszę i co ma z tego wyniknąć. AI przyspiesza ten proces, ale w żadnym momencie go zastępuje. 

Jeśli zastanawiasz się czy newsletter w ogóle ma sens dla Twojej firmy, pisałem już o tym tutaj.

 

Co mówią liczby

E-mail marketing generuje średnio 36-40 złotych przychodu z każdej wydanej złotówki. To najwyższy zwrot spośród kanałów digitalowych — dane za 2025 rok, agregowane globalnie. 

Na moment zatrzymaj się przy tym.

18% firm osiąga ponad 70 zł z każdej zainwestowanej złotówki. 20% firm — poniżej 5 zł. Te same narzędzia, ten sam kanał, ale ogromna przepaść w wynikach. Skąd ona się bierze? Spójrz na polskie dane.

Polska: 36% otwarć, 1,46% kliknięć.
Europa: 45% otwarć, 2,04% kliknięć.
Australia: jeszcze wyżej — 2,82% kliknięć.

Wypadamy gorzej. Ale nie dlatego, że e-mail marketing dla firm w Polsce nie działa. MailerLite wskazuje na „ciasne” skrzynki i dużo nieaktywnych adresów na listach. Poza tym problem leży po stronie nadawców, a nie odbiorców. Firmy zbierają adresy, ale nie dbają o listę — nie usuwają nieaktywnych, nie segmentują, wysyłają ten sam mail do wszystkich. Gdy skrzynka się zapełnia, odbiorca przestaje otwierać…

Jest natomiast wskaźnik, w którym Polska wypada blisko średniej globalnej. CTOR, czyli stosunek kliknięć do otwarć — 6,63% w Polsce vs 6,81% globalnie. To mówi nam coś ważnego: ci, którzy otwierają polskie newslettery, klikają w nie prawie tak samo chętnie jak odbiorcy na całym świecie. Jak więc można wyczytać z tych liczb to nie treść jest problemem e-mail marketingu, ale dotarcie.

A teraz porównaj te liczby z mailami automatycznymi.

Mail powitalny po zapisie na listę: 83% otwarć, 16,6% kliknięć (GetResponse, benchmarks 2023). Autoresponder — seria maili wysyłanych automatycznie: 51% otwarć, 5,59% kliknięć. Maile wysyłane w reakcji na zachowanie odbiorcy: 306% więcej kliknięć niż zwykły newsletter.

Jak widzisz różnicy nie robi narzędzie, ale przemyślany proces.

Firma, która wysyła newsletter raz w tygodniu do całej bazy, gra w inną grę niż firma, która ma ustawioną sekwencję powitalną, reaguje na zachowania odbiorców i regularnie czyści listę z nieaktywnych adresów. Obie „robią e-mail marketing”, ale wyniki mają kompletnie inne.

I tu pojawia się AI. Bo sztuczna inteligencja może pomóc przejść z pierwszego modelu do drugiego. Oczywiście pod warunkiem, że wiesz, czego od niego oczekujesz.

 

Gdzie sztuczna inteligencja faktycznie pomaga?

Używam AI do tworzenia treści. Tylko tyle i aż tyle. Mój proces wygląda tak: siadam do tematu, Claude zadaje mi pytania — o cel, odbiorcę, kluczowy przekaz. Dopiero po tym briefie powstaje draft, który obieram ze sztuczności, dodaję swoje doświadczenia, wycinam to, co brzmi sztucznie. Efekt końcowy jest mój. Proces dojścia do niego — wspólny.

Blog i newsletter powstają w jednym bloku czasowym. Artykuł trafia na stronę. Newsletter to jego rozszerzenie — dodatkowa wartość, której nie ma nigdzie indziej. Narzędzie, checklista, rozwinięcie wątku, dodatkowa myśl. Kto czyta sam blog, dostaje solidną porcję wiedzy. Kto jest na liście mailingowej, dostaje bonus za zaufanie.

No właśnie – jeśli jeszcze nie subskrybujesz – zapisz się

Bez AI ten proces trwałby dłużej. I nie dlatego, że nie potrafię pisać. Dlatego, że AI wymusza strukturę myślenia oraz mamy wypracowany briefing przed pisaniem, który doskolane zamienia czekanie na wenę i pisanie od razu bez przemyślenia. Mój asystent zmusza do odpowiedzi na pytania, które sam bym pominął. O cel, odbiorcę, myśl lub przekaz, z jakim chcę zostawić po przeczytaniu tekstu.

Jak widzisz, to nie jest kwestia generowania treści jednym kliknięciem, ale proces, który prowadzi do lepszego tekstu w krótszym czasie.

Tematy maili — jedno miejsce, gdzie AI pomaga nawet bez testów A/B

Przy mojej skali wysyłki nie robię jeszcze testów A/B. Ale generuję w AI kilka wariantów tematu i wybieram najlepszy. Nie na podstawie danych, bo ich jeszcze nie mam, lecz podstawie znajomości moich odbiorców.

Dane MailerLite pokazują, że tematy o długości 20-40 znaków mają około 45% większe prawdopodobieństwo trafienia do grupy z najwyższym wskaźnikiem otwarć. Krótsze, konkretniejsze, bez ozdobników. AI trzyma się tego formatu i proponuje kąty, na które być może sam bym nie wpadł.

Gdy baza urośnie — dodam testy A/B. Na razie wystarczy mi świadomy wybór z kilku wariantów zamiast pisania pierwszego tematu, jaki przychodzi do głowy.

 

Gdzie AI szkodzi

Największe ryzyko? Wyłączasz myślenie. Wrzucasz temat do AI i wysyłasz to, co dostajesz. Bez edycji, bez dodania swojego doświadczenia, bez wycinania sztucznych fraz. Twoje maile zaczynają brzmieć jak maile wszystkich innych. Ten sam ton, te same zwroty, ten sam rytm zdań. „W dynamicznie zmieniającym się świecie…”, „Kluczową kwestią jest…”, „Warto zauważyć, że…”.

Zauważam to też u siebie. Gdy za bardzo polegam na drafcie AI i za mało go obrabiam, moje teksty zaczynają brzmieć tak samo. Ten sam schemat otwarcia. To samo zamknięcie. Te same przejścia między akapitami. AI ma swoje ulubione wzorce i powtarza je. Jeśli nie pilnujesz różnorodności — Twój newsletter staje się przewidywalny. A przewidywalny newsletter to ignorowany newsletter.

Badanie Instiller (2023, panel konsumencki) pokazało coś ciekawego. Połowa ludzi nie potrafi poprawnie rozpoznać, czy mail napisał człowiek czy AI. Ale 52% błędnie uznawało ludzkie maile za wygenerowane przez AI. Ludzie są coraz bardziej podejrzliwi wobec wszystkiego, co czytają. Każdy mail, który brzmi „zbyt gładko”, budzi nieufność — nawet jeśli napisał go człowiek.

W grupie 18-24 lata około 40% deklaruje otwartą niechęć do treści generowanych przez AI. Jeśli Twoi odbiorcy to młodsze pokolenie — masz jeszcze większy powód, żeby AI było narzędziem w tle, a nie pełnoprawnym autorem.

Do tego dochodzi też kwestia dostarczalności. Nadmiernie generyczne treści i brak personalizacji zwiększają ryzyko lądowania w zakładce „Promocje” albo w spamie. I choć techniczna dostarczalność w Europie sięga 99,2%, to nie znaczy, że Twój mail trafi do głównej skrzynki. Różnica między nadawcami wynika bardizej z jakości treści i zaangażowania odbiorców, niż z ustawień technicznych.

Dlatego u mnie sprawdza się ta złota zasada: AI pisze draft. Ja decyduję, co wysłać. Każdy mail przechodzi przez moje ręce — sprawdzam ton, wycinam sztuczne frazy, dodaję to, co wiem o moich odbiorcach.

 

Co czeka na później, gdy baza urośnie?

E-mail marketing dla małej firmy z bazą kilkuset osób i dla firmy z bazą kilku tysięcy to dwa różne procesy. Dlatego segmentacja, automatyzacje, optymalizacja czasu wysyłki — to narzędzia, które mają sens przy większej skali. Na darmowym planie narzędzia z bazą kilkuset osób nie ma co w to inwestować czasu i tworzyć przerostu formy nad treścią. Ale warto wiedzieć, co jest dostępne tuż za rogiem.

Segmentacja — dzielenie bazy na grupy według zachowań. Kto otwiera regularnie, kto co trzeci mail, kto milczy od trzech miesięcy. Segmentowane kampanie generują 36% całkowitego przychodu z kanału e-mail, mimo, że stanowią mniejszość wysyłek.

Sekwencje automatyczne – na przykład mail powitalny, najlepszy artykuł z bloga po 3 dniach, konkretna wartość po tygodniu. Dane są jednoznaczne: 83% otwarć maila powitalnego vs 36% zwykłego newslettera. W pierwszych dniach zaangażowanie jest najwyższe — i większość firm to marnuje, bo nowy subskrybent po prostu dostaje kolejny newsletter za tydzień.

Optymalizacja czasu wysyłki — AI uczy się, kiedy każdy odbiorca otwiera maile i automatycznie dobiera godzinę. MailerLite, GetResponse czy Mailchimp już to mają w swoich planach.

Nie wdrażam tego teraz. Ale planuję — gdy baza przekroczy próg, przy którym segmentacja zacznie mieć sens. Na razie skupiam się na tym, co daje największy zwrot z mojego czasu: dobra treść, regularność, wartość dodana tylko dla subskrybentów.

 

E-mail marketing dla firm nie potrzebuje rewolucji

E-mail marketing dla firm potrzebuje tego samego, co wszystko inne w marketingu — planu, regularności i mierzenia wyników. AI zmienia tempo, w jakim możesz testować, segmentować i reagować na zachowania odbiorców.

Sam wciąż testuję granice tego, gdzie AI pomaga, a gdzie przeszkadza w mojej prc. Nie mam odpowiedzi na wszystko. Na przykład — nie wiem jeszcze, jak AI wpływa na długoterminowe zaangażowanie listy. Czy odbiorcy, którzy czytają wspierane AI newslettery przez rok, są równie lojalni jak ci, którzy czytali czysto „ludzkie” treści? Tego jeszcze nikt nie zmierzył. Za rok pewnie będę wiedział więcej.

Ale dziś jedno wiem na pewno. 36-40 złotych przychodu z każdej zainwestowanej złotówki. Tyle daje e-mail marketing firmom, które mają proces. Firmom bez procesu daje frustrację i kolejny abonament, który leży niewykorzystany.

Mój newsletter działa nie dlatego, że mam dobre narzędzie. Działa dlatego, że jest częścią marketingu zaplanowanego — wiem dlaczego go wysyłam, do kogo ślę wiadomości i co mierzę. AI przyspiesza ten proces, ale NIGDY nie zastępuje myślenia o kliencie.

Chcesz sprawdzić, czy Twój e-mail marketing potrzebuje AI, procesu, czy może jednego i drugiego? Umów się na 15-minutową bezpłatną rozmowę — spojrzymy na to razem.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Najczęściej zadawane pytania

Tak, ale działa najlepiej wtedy, gdy masz proces: jasny cel, określoną grupę odbiorców, regularność wysyłki i mierzenie wyników. Narzędzia (w tym AI) mogą przyspieszyć pracę, ale nie zastąpią strategii.

AI sprawdza się jako wsparcie do draftu, struktury i wariantów tematów, ale najlepsze efekty są wtedy, gdy dopracowujesz finalny tekst: ton, przykłady, doświadczenia i konkret. Wysyłanie „surowego” tekstu z AI zwykle kończy się generycznym brzmieniem i niższym zaufaniem odbiorców.

Najczęściej AI daje największą wartość w: przygotowaniu briefu przed pisaniem, porządkowaniu struktury maila, skracaniu i upraszczaniu języka, tworzeniu kilku wersji tematu oraz w dopasowaniu treści do segmentów (o ile masz segmenty i dane).

Najczęstsze to: wysyłka „do wszystkich tego samego”, brak czyszczenia listy z nieaktywnych adresów, zbyt ogólne treści bez konkretu, brak jasnego celu maila (co ma się stać po przeczytaniu) i brak konsekwentnej regularności.

Pośrednio tak. Jeśli maile są zbyt generyczne, bez personalizacji i nie angażują odbiorców, to spadają otwarcia/kliki, a to w dłuższym okresie może pogarszać „reputację” nadawcy. Problemem nie jest samo AI, tylko sposób użycia: brak edycji, brak dopasowania do odbiorcy i powtarzalne wzorce językowe.

Pracuj równolegle nad: (a) jakością listy (czyszczenie nieaktywnych, segmenty), (b) tematami i preheaderem, (c) jasną obietnicą wartości w pierwszych zdaniach, (d) jednym głównym CTA, (e) regularnością i spójnością tematyczną. AI może przyspieszyć testowanie wariantów i skracanie tekstu, ale fundamentem nadal jest proces.

Przeczytaj również

Jak zmienił się e-mail marketing dla firm od kiedy jest AI? Dowiedz się więcej »

Ford F 150

Jak zaplanować marketing i zwiększyć liczbę zapytań o 100%. Case study współpracy z firmą sprowadzającą samochody z USA

Ford F 150

 W tym artykule przeczytasz o:

  • Jak zaplanować marketing w firmie, aby zwiększyć liczbę zapytań, a nie tylko aktywność w mediach społecznościowych

  • Dlaczego brak jasnego podziału ról i mierzenia źródeł zapytań prowadzi do chaosu w marketingu

  • W jaki sposób testowanie działań marketingowych może być elementem strategii, a nie jej zaprzeczeniem,

  • Jak uporządkowanie procesu marketingowego przełożyło się na 100% wzrost zapytań rok do roku,

  • Co z tego case study mogą wykorzystać małe i średnie firmy z innych branż, niezależnie od lokalizacji.

W czerwcu 2025 podjąłem współpracę z firmą sprowadzającą samochody z USA. Do tej pory marketing tam wyglądał tak, że firma prowadziła profile w mediach społecznościowych, publikowała posty z samochodami – zarówno opisy aukcji ze zdjęciami jak i rolki, a także od czasu do czasu uruchamiała reklamy. Zapytania były, ale bez jasności, które działania faktycznie je generują, ani dlaczego jednego miesiąca jest ich więcej, a innego mniej.

W pierwszej fazie naszej współpracy odpowiadałem za wszystkie działania reklamowe, jednak docelowy model wyklarował się z czasem, gdy po stronie Klienta uwolniły się moce przerobowe na tyle, że również oni byli w stanie mocniej zaangażować się w marketing. Obecnie praca wygląda tak, że firma odpowiada za content – produkcja materiałów wideo, opisy samochodów, a zewnętrzny marketing za promocję, analitykę i optymalizację działań. Po sześciu miesiącach liczba zapytań o samochody wzrosła o 100% rok do roku. Wzrost ten nie wynika ze zwiększenia budżetu na marketing, lecz z organizacji pracy i stworzenia powtarzalnego, działającego procesu.

Co się nie sprawdziło

Pierwsza moja rozmowa z właścicielem pokazała schemat typowy dla wielu małych i średnich firm. Publikacje w mediach społecznościowych pojawiały się kilka razy w tygodniu. Posty składały się głównie ze zdjęć samochodów, rolek oraz informacji o nowych dostawach. Kampanie reklamowe były uruchamiane nieregularnie, bez spójnej strategii i bez długofalowego planu – po prostu co ciekawszy post był podbijany budżetem reklamowym. W praktyce oznaczało to, że nie byli w stanie świadomie powtórzyć żadnego działania, które przynosiło zapytania.

W marketingu brakowało trzech kluczowych elementów.

Po pierwsze, nie istniał jasny podział ról. Tworzenie treści, uruchamianie reklam i analiza wyników nie były przypisane do konkretnych osób ani nie było na to procesów. W praktyce oznaczało to brak jednego punktu odpowiedzialności za efekty działań marketingowych.

Po drugie, nie było regularności. Działania marketingowe nie wynikały z harmonogramu i nie były rozłożone w czasie w sposób pozwalający na budowanie powtarzalnych efektów.

Po trzecie, firma nie miała uporządkowanego sposobu mierzenia źródeł leadów. Wiedzieli, że istotna część sprzedaży pochodzi z poleceń, natomiast brakowało danych pozwalających ocenić udział poszczególnych kanałów online w generowaniu zapytań o konkretne samochody. W praktyce utrudniało to ocenę, które działania marketingowe realnie wspierają sprzedaż, a które jedynie budują aktywność bez bezpośredniego przełożenia na decyzje zakupowe.

Efektem były nieregularne zapytania i brak możliwości świadomego skalowania działań, które przynosiły najlepsze rezultaty.

Co się zmieniło

Pierwsze miesiące poświęciliśmy na testowanie różnych rozwiązań i porządkowanie tego, co już istniało. Przełom nastąpił jednak dopiero w momencie, gdy na podstawie wniosków z tego etapu Klient również zaangażował się w marketing bardziej operacyjnie. I tak naprawdę dopiero wtedy możliwe stało się zbudowanie systemu, który mógł zacząć działać w sposób powtarzalny.

Kluczową w tym wszystkim okazała się jasna decyzja o przeniesieniu środka ciężkości komunikacji z firmy na konkretne produkty oraz druga – dotycząca podziału odpowiedzialności w zespole. W efekcie został ustalony harmonogram, a każdy element procesu miał przypisaną odpowiedzialność i decyzje przestały być podejmowane na podstawie intuicji.

Jak do tego doszliśmy?

Etap 1: Testowanie

Pierwsze miesiące współpracy były okresem intensywnych testów. W tym czasie odpowiadałem zarówno za produkcję treści, jak i ich promocję. Jednym z testowanych rozwiązań były kampanie oparte na formularzach kontaktowych. Generowały one dużą liczbę leadów, jednak znaczna część zgłoszeń nie przekładała się na realne rozmowy handlowe, ponieważ osoby zostawiające dane nie miały jeszcze styczności z konkretną ofertą ani z prezentacją wybranego samochodu.

Równolegle testowane były różne formaty treści oraz sposoby ich promocji. Porównywaliśmy skuteczność zdjęć i wideo, długość opisów, sposób prezentacji samochodów oraz różną intensywność i godziny publikacji. Przez trzy miesiące zbieraliśmy dane, które pozwoliły ocenić, jakie działania realnie generują zapytania, a które jedynie tworzą pozorną aktywność.

Ten etap pozwolił przejść z decyzji opartych na przypuszczeniach do decyzji opartych na danych i przygotował grunt pod zbudowanie działającego procesu..

Etap 2: Działający proces

Na bazie wniosków z okresu testów wypracowaliśmy proces, w którym firma i zewnętrzny marketing pracują równolegle, każdy w jasno określonym zakresie odpowiedzialności. Klient odpowiada za przygotowanie treści, a działania promocyjne i analityczne są prowadzone po mojej stronie. Dzięki temu marketing przestał być zbiorem pojedynczych działań, a stał się powtarzalnym systemem.

W praktyce oznacza to regularną produkcję dwóch do trzech materiałów wideo tygodniowo, prezentujących konkretne samochody. Raz lub dwa razy w miesiącu realizowane są na TikToku transmisje na żywo z aukcji, a całość uzupełniają zdjęcia wygranych aut wraz z opisami pojazdów, które firma kupuje i sprowadza dla swoich klientów.

Każdy materiał wideo jest promowany osobno w kampaniach reklamowych na Facebooku i TikToku. Budżety w obu kanałach są porównywalne, co pozwala na ocenę efektywności poszczególnych platform oraz podejmowanie decyzji na podstawie danych, a nie intuicji.

Promocja skupia się na pokazywaniu konkretnych samochodów, a nie profilu jako całości. Materiały wideo prezentują pojazdy z każdej strony, dzięki czemu użytkownik może zobaczyć, jak wygląda auto sprowadzone i przygotowane do wydania Klientowi. Transmisje na żywo pełnią dodatkowo funkcję budowania zaufania, pokazując proces zakupu i odrobinę „kuchni”. Równoległe wykorzystanie obu kanałów przełożyło się na stabilny wzrost liczby zapytań oraz stopniowy, organiczny rozwój profili.

Wyniki

Na początku stycznia 2026 roku liczba zapytań o samochody była o 100% wyższa niż rok wcześniej. Równolegle rosły profile w mediach społecznościowych. Profil na Facebooku zwiększył liczbę obserwujących z 1182 do 3224, natomiast profil na TikToku z 735 do 1836.

Zrzut ekranu 2026 01 18 o 15.52.41

Profile rosły stopniowo w trakcie porządkowania procesu marketingowego, choć to nie było celem samym w sobie. Nowe obserwacje stanowią skutek uboczny regularnej publikacji treści oraz promocji konkretnych ofert. Z perspektywy biznesowej kluczową metryką pozostały zapytania od realnych osób zainteresowanych zakupem konkretnych samochodów.

Uzyskane wyniki nie były efektem jednorazowej kampanii ani krótkoterminowego działania. Były rezultatem procesu testowania, analizy danych i konsekwentnego wdrażania wniosków. Firma dysponuje obecnie powtarzalnym modelem działania i wie, jakie kroki należy podejmować w kolejnych tygodniach, żeby ten wzrost utrzymać.

Wnioski

Pierwszym wnioskiem jest znaczenie jasnego podziału ról. Firma nie musi realizować wszystkich działań marketingowych samodzielnie, ale musi precyzyjnie określić, kto za co odpowiada. Najlepsze efekty przynosi model, w którym firma – mając największą wiedzę o swojej ofercie i produktach – odpowiada za tworzenie treści lub co najmniej za dostarczanie wysokiej jakości surowego materiału, a zewnętrzny marketingowiec za promocję, optymalizację i analizę skuteczności działań. Dzięki temu każda ze stron koncentruje się na obszarze, w którym ma realną przewagę.

Drugim wnioskiem jest konieczność uwzględnienia czasu. Skuteczny model marketingowy nie powstaje w ciągu kilku dni, ani po jednej kampanii. W tym przypadku wypracowanie działającego procesu zajęło kilka miesięcy testów, analiz i stopniowego eliminowania rozwiązań, które nie przynosiły oczekiwanych efektów.

Trzecim wnioskiem jest koncentracja na właściwych metrykach. Polubienia i zasięgi nie są miarą skuteczności w biznesie opartym na sprzedaży produktów o wysokiej wartości. Kluczowe są zapytania oraz wiedza o tym, z jakich działań i kanałów one pochodzą. Bez tej informacji marketing nie podlega realnej kontroli, a decyzje są podejmowane na podstawie przypuszczeń, zamiast w oparciu o twarde dane.

Możliwość zastosowania w innych firmach

Jeżeli marketing w firmie prowadzony jest bez planu, działania są nieregularne, a źródła zapytań nie są mierzone, to nie jest koniec świata. Da się nad tym zapanować. I żeby marketing działał, nie trzeba dokładać kolejnych „pakietów rolek” ani dosypywać budżetu. Kluczowe jest stworzenie systemu, który pozwala podejmować decyzje na podstawie danych i obserwacji, a nie intuicji czy chwilowych impulsów. A taki system da się stworzyć dla każdej firmy na rynku, bez względu na jej wielkość i branżę.

Jeżeli chcesz sprawdzić, co w Twoim marketingu można uporządkować i gdzie dziś tracisz kontrolę nad decyzjami, umów się na bezpłatną konsultację, podczas której porozmawiamy o Twojej firmie i poszukamy obszarów, które można usprawnić zanim poniesiesz kolejne koszty.

Marcin Osiak

Poznajmy się

„Klient nie chce kupić młotka, on chce wbić gwóźdź” – od bardzo wielu lat to właśnie zdanie jest moim zawodowym motto.

Jako zewnętrzny dyrektor marketingu pomagam małym i średnim firmom przekuwać ich cele biznesowe na konkretne, mierzalne działania. Zamiast skupiać się na pojedynczych narzędziach, tworzę kompleksowe i zaplanowane strategie, które naprawdę działają.

Moje podejście opieram na solidnym fundamencie, który buduję od 2008 roku, zdobywając doświadczenie w sprzedaży, marketingu, mediach społecznościowych i PR. Dzięki temu rozumiem, jak połączyć te wszystkie elementy w jedną, spójną maszynę do zarabiania.

Wierzę, że skuteczny marketing to marketing zaplanowany. Jeśli potrzebujesz strategii opartej na danych, przemyślanych kampanii i spójnej komunikacji, która przynosi realne efekty – jesteś w dobrym miejscu.

Pobierz checklistę skutecznych działań marketingowych

CO OTRZYMASZ:

Po zapisie — od razu:

Checklistę skutecznych działań marketingowych. Konkretne pytania, które pozwolą Ci:

  • weryfikować propozycje agencji i freelancerów,
  • odróżnić plan od chaosu,
  • zrozumieć, co naprawdę ma sens w Twojej sytuacji.

Co tydzień w Twojej skrzynce:

  • praktyczne wskazówki z zakresu strategii marketingowej,
  • przykłady oparte na liczbach (bez teorii i ozdobników),
  • narzędzia do mierzenia efektów działań,
  • perspektywę, która pozwala podejmować lepsze decyzje marketingowe.

Przeczytaj również

Jak zaplanować marketing i zwiększyć liczbę zapytań o 100%. Case study współpracy z firmą sprowadzającą samochody z USA Dowiedz się więcej »

Przewijanie do góry